Piątkowy eksperyment nie oznacza, że poprzedni - przeprowadzony we wtorek - się nie powiódł. Eksperci chcą sprawdzić kolejne elementy pozwalające na wyjaśnienie ostatnich sekund lotu Tu-154M, który rozbił się pod Smoleńskiem - wyjaśniała rzeczniczka MSWiA Małgorzata Woźniak. Dodała, że przeprowadzane testy na podobnej maszynie mają pokazać, jak mógł zachowywać się tupolew tuż przed katastrofą.
Lot zaczął się o godz. 10.43, ok. godz. 11.05 samolot przyleciał w okolice lotniska wojskowego w Powidzu i ok. godz. 12 z niego odleciał. O godz. 13 maszyna wylądowała na lotnisku w Poznaniu-Krzesinach. Tupolew odleciał stamtąd przed godz. 15.
Z odczytanych z czarnych skrzynek rozmów załogi wynika bowiem, że kapitan Arkadiusz Protasiuk na ok. 20 sekund przed katastrofą wydał komendę "odchodzimy". Zdaniem polskich ekspertów był to wystarczający czas na wyprowadzenie samolotu, piloci jednak nie zdołali tego zrobić.
W opinii części ekspertów, podchodzenie w Smoleńsku do lądowania "w automacie" było niezgodne z procedurami. Według nich samolot może bowiem automatycznie przerwać lądowanie tylko wtedy, gdy na lotnisku jest system naprowadzania samolotów ILS, a takiego w Smoleńsku go nie było.
Zdaniem płk. Edmunda Klicha, który był polskim przedstawicielem akredytowanym przy badającym katastrofę Międzypaństwowym Komitecie Lotniczym (MAK), eksperyment na tupolewie ma m.in. wyjaśnić, czy załoga użyła systemu automatycznego przerwania podejścia i odejścia na bezpieczną wysokość.