Jednak przez pewien czas, gdy bywałem w Pałacu Namiestnikowskim (jako społeczny doradca Lecha Kaczyńskiego), mijałem Kamińskiego na korytarzu. Małodusznie próbowałem go nie zauważać i - przyznaję - nigdy nie wystąpiłem do prezydenta, by "coś" z tym faciem zrobił. Tłumaczyłem sobie, że Kancelaria Prezydenta to urząd i nie mogę sobie rościć prawa do wpływania na dobór pracujących tam ludzi. Tym bardziej, że "Misio" nie był przez nikogo sekowany.
Zawsze jest dylemat, jak daleko można posunąć się na ścieżce oportunizmu. Nigdy nie posunąłem się bardzo daleko, ale może w tym przypadku jednak zbyt daleko. Patrząc wstecz na minione 25 lat i próbując ocenić, co się nie udało, widzę przede wszystkim ludzi klasy politycznej. "Misio" to jeden ze skrajnych przypadków: prawie wszędzie już był i prawie wszystko już powiedział. Chyba trzy tygodnie temu zarzekał się, że definitywnie z polityki odchodzi. No a teraz postanowił ubiegać się o przedłużenie swojego pobytu w Brukseli. Oczywiście dla dobra Polski. Broń Boże nie z powodu konfitur jakie tam dają. To pewnie nie jest światowy rekord cynizmu, ale krajowy raczej tak.
Żaden wyborca nie może zapobiec znalezieniu się Mariusza Kamińskiego na wyborczej liście do europejskiego parlamentu, choć wyborcy z regionu lubelskiego mają szansę zniweczyć nadzieje "Misia" Kamińskiego. Natomiast my wszyscy powinniśmy pamiętać, że to kandydat Platformy Obywatelskiej namaszczony przez Donalda Tuska (podobno także kumpel Radosława Sikorskiego).
Wolta „Misia”
Od czasu, gdy młody (wówczas!) polityk Mariusz Kamiński wybrał się do Londynu (w towarzystwie Marka Jurka i Tomasza Wołka), by zawieźć generałowi Pinochetowi ryngraf Matki Boskiej, wyrobiłem sobie na jego temat jednoznaczny pogląd. Chilijski generał był – owszem – antykomunistą, ale przede wszystkim był zbrodniarzem odpowiedzialnym za kilka tysięcy ofiar, tortury i trwającą mniej więcej dwie dekady dyktaturę. Potem się jeszcze okazało, że generał był także złodziejem.