Przez dwie godziny fikają, skaczą, tańczą, padają, a nawet... spadają. Ze sceny. Jaką ci aktorzy muszą mieć kondycję!
Oto pierwsza refleksja po spektaklu "Niech no tylko zakwitną jabłonie". Wielkie brawa dla Wojciecha Kościelniaka za reżyserię, która nie daje wytchnienia aktorom, ale przez to nie daje ani sekundy nudy widzom. Jest precyzja, tempo, muzyka na żywo i jest też świetna scenografia - prosta, funkcjonalna, w postaci zjeżdżających z sufitu coraz to innych belek, które grają stół (zastawiony!), taśmę filmową, autobus... A już belka z klamkami w piosence "Kochankowie z ulicy Kamiennej" - miodzio. Jak ona gra!
Spektakl według scenariusza Agnieszki Osieckiej, złożony z piosenek jej, ale też wielu innych autorów, po raz pierwszy zagrano w Ateneum równo 50 lat temu. Wtedy na scenie uwijał się prawie cały zespół teatru - kilkadziesiąt osób. U Kościelniaka całą sprawę załatwia szóstka młodych aktorów i ciut tylko starszy (chociaż patrząc jak bryka, trudno uwierzyć w jego pesel) Krzysztof Tyniec. Jako Antreprener prowadzący cały spektakl wypada mistrzowsko. No, ale to - jak mówi moja koleżanka - wiadomix.
Najbardziej znaną "medialnie" artystką w spektaklu jest Joanna Kulig, ale na mnie wrażenie zrobiła niezwykle sprawna - aktorsko, wokalnie i ruchowo - Emilia Komarnicka. Na scenie daje z siebie 120%, a jej energia wprost się udziela widzom. Świetnie, że aktorka znana szerokiej publiczności z seriali - "Na dobre i na złe" (doktor Agata) i "Rancza" (agentka Monika) - może tu pokazać pełnię możliwości. Zjawiskowa jest też rudowłosa Olga Sarzyńska - jej przewrotne wykonanie "Rebeki, co w utęsknieniu czeka" wręcz magnetyzuje. Jest zupełnie inne od "demarczykowego". I bardzo współczesne, bo odnoszące się do popkulturki i kolorowych magazynów.
Teatr Ateneum - trochę może na pierwszy rzut oka buńczucznie - pisze na swojej stronie: "Warszawa widziała już różne musicale, ale takiego nigdy". Po namyśle jednak trzeba przyznać, że jest w tym sporo prawdy. Polecam.