Porównanie kilkuletniej, bohaterskiej walki Armii Krajowej z jej kulminacją w postaci Powstania Warszawskiego do nieudanego zamachu na Adolfa Hitlera dokonanego przez pułkownika Clausa von Stauffenberga, który nigdy nie wyrzekł się wierności III Rzeszy Niemieckiej, a chciał jedynie usunąć prowadzącego ją do klęski wodza, jest w ustach pierwszego obywatela naszego państwa bardzo niestosowne.
Rozumiem, że prowadzący swoją politykę historyczną Niemcy robią wszystko, aby udowodnić światu, iż ruch oporu przeciw Hitlerowi był ich kraju w latach 1933-45 masowy (czemu w oczywisty sposób przeczą fakty), ale nie powinni znajdować w tym dziele sojusznika w osobie prezydenta niepodległej Rzeczypospolitej.
Czyżby mający przecież historyczne wykształcenie Komorowski nie wiedział, że podkładając bombę w Wilczym Szańcu von Stauffenberg miał nadzieję na takie dogadanie się nowych władz Niemiec z aliantami, aby zachowały one swe granice sprzed I wojny światowej, czyli skrajnie niekorzystne dla Polski? Nie wierzę w to, jak również w nieznajomość przez Prezydenta RP wymownych słów listu tego oficera Wehrmachtu o Polakach z listopada 1939 roku:
"Ludność jest tu niewiarygodnie głupia. Bardzo dużo Żydów i mieszańców. To lud, który czuje się dobrze tylko pod batem. Tysiące jeńców przysporzy się dobrze naszemu rolnictwu."
Naprawdę, ten element pożegnalnej wizyty Bronisława Komorowskiego w Berlinie musi budzić wstyd i zażenowanie.