Przestraszeni możliwością wyciągnięcia wobec nich surowych konsekwencji przez kierownictwo klubu parlamentarnego posłowie Platformy Obywatelskiej przyjęli nową linię obrony, która pogrąża ich jednak jeszcze bardziej, przynajmniej w oczach logicznie myślących ludzi.
Część z nich stwierdziła, że tak naprawdę nie wiedziała, w jakiej sprawie głosuje! Okazało się bowiem, że tylko 9 reprezentantów narodu pofatygowało się do tajnej kancelarii Sejmu, aby przeczytać dokumenty związane z zarzutami stawianymi Kamińskiemu. Co więcej, niektórzy wprost przyznali, iż nie jest możliwe, aby każdy poseł czytał wszystkie dokumenty, nad którymi potem głosuje.
Trudno poważnie ustosunkować się do tak beznadziejnego i rozpaczliwego tłumaczenia, ale - wykazując maksimum dobrej woli wobec zatrwożonych platformersów - postaram się to zrobić.
Przyjmując argument o braku czasu na dokładną lekturę wszystkich akt, podpowiadam im na przyszłość (chociaż jest wysoce prawdopodobne, że mogą się już nigdy nie znaleźć na listach wyborczych swojej partii) najprostsze z możliwych rozwiązanie: wystarczy wydelegować jednego przedstawiciela do tej żmudnej, ale koniecznej pracy i następnie wysłuchać jego sprawozdania podczas zamkniętego posiedzenia klubu. Taka jest przecież powszechna praktyka prac sejmowych i senackich: deleguje się fachowca od danej sprawy, aby ją rozpoznał (np. przygotował projekt ustawy czy uchwały), a następnie wysłuchuje się go, zadając mu pytania. Identycznie należało postąpić w sprawie immunitetu Mariusza Kamińskiego.
Jeśli dojrzali ludzie, w dodatku politycy, ba, reprezentanci rządzącej dużym państwem koalicji, nie potrafili wpaść na tak banalny pomysł, to nie ma ich co żałować. Na bijącą po oczach i po uszach głupotę nie powinno być miejsca w parlamentarnych ławach.