Skonsumowaliśmy z Markiem napoje, potem minęło lato i jesień, przed świętami giełdy zaczęły słabnąć i zyski na kontach Jerome`a zamieniły się w stratę.
Minął kolejny miesiąc i wieczorne hobby Kerviela wyszło na jaw. Dyrekcja Societe Generale postanowiła awaryjnie i po cichu skrócić pozycje, czyli sprzedać jego śmierdzące zakupy. Ceny na rynkach leciały na łeb na szyję i w zeszły poniedziałek z półtora miliarda euro strat, które spowodował samowolny Bretończyk, jego szefowie zrobili minus pięć. Dopiero wtedy bank ogłosił światu, że na szóstym piętrze od miesięcy działał genialny szkodnik - indywidualista.
Tak brzmi oficjalna wersja na temat pochodzenia największego manka świata. Rozmawiałem dziś z Markiem i mam wrażenie, że w nią nie wierzy. Ja też mam wątpliwości, ale jeśli wersja jest prawdziwa, to powinniśmy dziękować samotnemu maklerowi!
Już wyjaśniam dlaczego.
Rzucając na rynek w jeden dzień kontrakty nagromadzone przez Jerome`a przerażony wielki francuski bank nasilił panikę, która ogarnęła giełdy w pamiętny czarny poniedziałek. To w ten dzień wykresy cen akcji od Tokio przez Warszawę po nowy Jork przypominały przekrój trasy biegu zjazdowego, a George Soros grzmiał, że świat stoi u progu największego kryzysu gospodarczego od ostatniej wojny światowej.
Poruszona Amerykańska Rezerwa Federalna postanowiła uchronić giełdy przed zawałem. Po raz pierwszy od zamachów z 11 września na nadzwyczajnym posiedzeniu znacznie obniżyła stopy procentowe. Od tego czasu giełdy jakoś się trzymają i ucichły głosy wieszczące globalne załamanie.
Czy nie wynika z tego aby, że nieśmiały Bretończyk uratował przypadkowo świat przed kryzysem? Podziękujmy mu, bo może ocalił również nasze miejsca pracy (przynajmniej na jakiś czas).