Do tej pory uważano, że około połowy wyrzuconej w atmosferę rozżarzonej materii opadło na Ziemię w ciągu ośmiu godzin. W tym czasie temperatura na powierzchni naszego globu wzrosła do 260 stopni Celsjusza, co wystarczyło do podpalenia lasów. Problem tkwi w tym, że badania geologiczne nie pokazały takiej ilości popiołów, jaka musiałaby się wytworzyć.
Nowe badania sugerują, że Ziemia rozgrzewała się przez chwilę, a potem popioły znajdujące się niżej izolowały jej powierzchnię od żaru pochodzącego od tych znajdujących się wyżej. W ten sposób organizmy, które w jakimś ukryciu przeżyły pierwsze uderzenie gorąca, po kilku minutach mogły już odetchnąć z ulgą. Posłuchaj relacji dziennikarza RMF FM Grzegorza Jasińskiego: