Powiedzieć, że zabolało, to jak nic nie powiedzieć. Te wszystkie "jointy", "masło", lodówki z krwią, strzykawki w puszkach, akcje przemytnicze na granicy to bolesne świadectwo stanu współczesnego sportu - tak, sportu, bo nikt nie przekona mnie, że doping ogranicza się do kolarstwa. Złudzeń już nie ma. Pantani, Ullrich, Basso, a ostatnio nawet Schleck i Contador. Jak teraz uwierzyć, że El Pistolero jadł tylko skażoną wołowinę? Jak w ogóle w cokolwiek uwierzyć?
Nie wiem, co kierowało ludźmi, którzy oklaskami powitali Amstronga w Teksasie. Może po prostu witali nie kolarza, ale założyciela fundacji. Wspaniałej fundacji, która w kilkanaście lat zebrała pół miliarda dolarów i zrobiła wiele dobrego. Nie zrobiłaby nic bez legendy Armstronga, a tej nie byłoby bez koksu... Co za paradoks!
Sytuacja Armstronga, jego kolegów i całej kolarskiej braci przypomina mi aferę korupcyjną w polskiej piłce. W peletonie brali wszyscy. Ten, kto nie brał, nie miał szans; biorąc, nie miał gwarancji na sukces, a tylko wyrównywał szanse. W polskiej lidze było tak samo, tylko, że wszyscy dawali.
PS. W peletonie mówią, że dziś dopingu już nie ma. W polskiej lidze mówią, że dziś korupcji już nie ma...