Bawiliśmy się na podwórku, nagle usłyszeliśmy jakiś szum i wyskoczyliśmy na ulicę. Zobaczyliśmy, jak powstańcy z bronią, z opaskami, biegną wzdłuż ulicy Siennej w kierunku Marszałkowskiej - wspomina z błyszczącymi z emocji oczyma pan Jan Witkowski.To było takie olśnienie, że zaczęło się powstanie, taka euforia - dodaje.
Ktoś szybko zorganizował polską flagę, która została wywieszona przed bramą. 1 sierpnia cała rodzina pana Jana wyszła z domu. W mieszkaniu został tylko Jaś z babcią.
Jak wspomina, Śródmieście w tym czasie było stosunkowo spokojne. Walki toczyły się dalej, przy ul. Towarowej na obecnym Placu Powstańców, w okolicach poczty głównej. Niemcy prowadzili ostrzał z ulicy Zielnej, z budynku PAST-y. Ludność zaczęła budować barykady.
Gdzieś do połowy sierpnia sami byliśmy w domu, z babcią - wspomina w rozmowie z naszą reporterką pan Jan. W podwórku było zorganizowane robienie butelek z benzyną, bo w oficynie był duży skład szkła laboratoryjnego i tak jako dzieciaki pomagaliśmy. Poza tym trzeba się było chować przed ostrzałem - dodaje.
Rodzina mieszkała na trzecim piętrze. Chłopca wypatrzył pilot niemieckiego samolotu i zaczął strzelać, ale młody Witkowski schował się za parapet i nic mu się nie stało. Dramatycznych przeżyć nie brakowało.
W połowie sierpnia z tak zwanej grubej Berty Niemcy wystrzelili pocisk, który odbił się i wpadł pod ścianę sąsiedniego budynku - opowiada w rozmowie z RMF FM Jan Witkowski. Kiedy wybuchł, zapadły się fronty trzech budynków. Byliśmy z babcią w piwnicy, budynek się zapadł i zasypało nas. Dusiliśmy się do pyłu i gazu po wybuchu. Dopiero po jakimś czasie zaczęliśmy walić w ścianę, odkopano nas i wypuszczono - mówi.
Kiedy skończyły się zapasy jedzenia, trzeba było szukać go na różne sposoby. Dowództwo powstania zorganizowało zaopatrzenie, po które Janek od czasu do czasu chodził. Jednak głód i pragnienie były w tym czasie dojmujące. Brakowało wody, bo intensywnie eksploatowana studnia kilka podwórek dalej, w końcu się popsuła.
Wreszcie ktoś odkrył, że na rogu Złotej i Zielnej jest olbrzymi lej po grubej Bercie, tak duży, że jednopiętrowa willa mogła się tam schować - mówi Jan Antoni Witkowski. Tam z boku ciekła woda, taki strumyczek i tam chodziliśmy po wodę do picia, czy na zupę-plujkę. Było bardzo niebezpiecznie, bo od strony al. Jerozolimskich, wzdłuż Zielnej, też był niemiecki ostrzał i ginęli ludzie - przyznaje.
Babcia pana Jana zmarła, a on został sam w mieszkaniu. Nie wie, po ilu dniach przyszedł do niego tata i zabrał ze sobą. Ojciec, członek Armii Krajowej i żołnierz batalionu transportowego, zarekomendował syna, który pełnił funkcję łącznika w 3. plutonie 1. kompanii saperów batalionu Iwo, wchodzącego w skład Obwodu Radwan.
Jan Witkowski uczestniczył w działaniach bojowych w rejonie Śródmieścia Południowego - przenosił meldunki, rozkazy, służbowe polecenia dowódców.
Do dziś śni mi się powstanie - mówi cicho pan Jan. Wybuchy, zdarzenia z tamtych dni. Tego nie da się zapomnieć. To zmienia człowieka. Na zawsze - podsumowuje.