Zaskakujące, bo nigdy nie pomyślałbym, że do głowy wpadnie mi, by móc zachwycić się muzyką Eminema. Hip hop w ogóle, jako taki, przekonuje mnie średnio, chyba, że jest naprawdę dopracowany w stu procentach, a raperzy nie zamykają dźwięków na brudnych osiedlach, ale eksperymentują z żywymi instrumentami. Facet jest jednak tak ogromną gwiazdą, że nie sposób było ominąć jego "The Marshall Mathers. Volume 2" i - co interesujące - trudno było nie być pod wrażeniem jego niebywałych, podkreślam, umiejętności. By jednak nie odbierać zaszczytów Arthurowi, w tym tekście zainteresowanych odeślę tylko do utworu "Rap God" z nowego albumu Eminema.
Dlaczego taki młodzieniaszek może nagrać ciekawszą płytę od starego wyjadacza? Po pierwsze, longplay'em dopiero debiutuje, a to ogromny plus, kiedy pierwsze pełne wydawnictwo smakuje wyśmienicie. Po drugie, James Arthur zaprzeczył właśnie wszystkim stereotypowym poglądom na temat zwycięstw w telewizyjnych programach muzycznych. Panuje bowiem pogląd, iż wygrana w show przekreśla drogę do nagrywania dobrego materiału. Tu jest jednak zdecydowanie odwrotnie.
Zaraz po zwycięstwie Arthur nagrał cover piosenki "Impossible", którym podbił pierwsze miejsca list przebojów w Europie. Więcej: zupełnie zapomniano o oryginale Shontelle. Zatrważającym wydaje się być wobec tego fakt, iż kolejny singiel - "You're Nobody 'Til Somebody Loves You", który otwiera album - wciąż nie może się przebić i odnieść międzynarodowego sukcesu, a brytyjska publiczność, która tak bardzo pokochała Jamesa, nie polubiła drugiego utworu. Jednak zaczęła kupować płytę, a to znak, że wciąż o nim pamięta.
Płyta "James Arthur" przyniesie jednak kolejne hity, to pewne. Dawno nie słyszałem tak dobrego popowego materiału, który swoim mainstreamowym zacięciem zupełnie nie razi i nie odstrasza odbiorców przychylnych alternatywie. Być może kolejny rozgłos przyniesie wokaliście utwór "Roses", nagrany ze światowej sławy artystką Emeli Sande. Może na podium wyniesie go z powrotem "Is This Love?", numer dziesięć na płycie - z podobnym do "Impossible" uderzeniem emocji, z ogromną dawką energii, jednak brzmiący nieco bardziej pozytywnie, niż singiel, który zagwarantował mu karierę.
Jest też na krążku utwór "Flyin'", nieco funkujący - swoją drogą trochę żałuję, że nie ma takiego klimatu więcej na tej płycie, bo z numerów nagranych przez Arthura, które wrzucał na swój kanał w serwisie YouTube, można było wnioskować, iż właśnie w tym kierunku podążać będzie wydawnictwo. Jest nieco przydymione "Smoke Clouds", z charakterystyczną dla 25-latka melancholią i delikatnie zarapowanymi zwrotkami.
Wersja deluxe krążka uzupełniona została między innymi o cztery nagrania akustyczne piosenek, które trafiły na album - jest więc "Impossible", a także wybitna, wzruszająca wersja "Supposed". Nad całością unoszą się duchy wszystkich tych brytyjskich artystów rockowych i popowych, którzy przez dziesiątki lat przynosili dumę swoim krajanom.
Aż żal, że w Polsce takich albumów praktycznie się nie nagrywa. I szkoda, że gwiazdy programów typu talent-show, może poza One Direction (którzy - na marginesie - nie wygrali "X Factora", ale zajęli tylko trzecie miejsce), a także poza Leoną Lewis, spadają tak szybko, jak szybko stali się znani…
Najlepsze odpowiedzi nagrodzimy płytami Jamesa Arthura!