Obraz Warwasa to film dyplomowy z łódzkiej filmówki. Warto mieć to na uwadze i wybaczyć reżyserowi pewne niedociągnięcia, momenty niezręczne, a czasem nawet paskudnie pretensjonalne (początkowa, "filozoficzna" sekwencja"). Cała historia bowiem nie tylko się broni, ale ma też w sobie sporo świeżości. Nie wynika ona wyłącznie z faktu, że na ekranie praktycznie nie ma znanych i zgranych aktorów.
Agnieszka Jaskółka - główna bohaterka filmu - w Wielkanoc 2000 roku wraca do domu, z którego uciekła 15 lat wcześniej. Nie do końca wiadomo, po co to robi, bo nie widać w niej determinacji do pojednania się z ojcem ani tym bardziej powrotu na nudne, szarobure blokowisko.
Dlaczego Jaskółka uciekła? Początkowo trudno to zrozumieć. Można by nawet uznać to za jakąś szczeniacką fanaberię. W końcu gdy kobieta wspomina swoje dzieciństwo, myśli o nim w kategoriach dość typowych i dość sympatycznych. Może i było biednie, skromnie i niezbyt kolorowo, ale tak po barejowsku - raczej śmiesznie niż strasznie. Gdzieś w tle historii sprzed lat, PRL-u widzianego oczami najpierw dziewczynki, a później nastolatki słychać piosenki Dwa Plus Jeden, Stana Borysa, a później Franka Kimono. Czego tu się bać? Przed czym tu uciekać?
Historia, która początkowo mogła się wydawać zbiorem anegdotek z minionej epoki niepostrzeżenie przekształca się w kino pełne grozy. Co ważne - opiera się ona nie na tym, co widzimy na ekranie, ale przede wszystkim na tym, czego się domyślamy, obawiamy. A w pewnym momencie zaczynamy obawiać się tego, że tak jak główna bohaterka możemy pamiętać coś, co ma niewiele wspólnego z rzeczywistością, sami być twórcami iluzji i jednocześnie jej ofiarami.
Oglądając "Jaskółkę" trudno nie mieć skojarzeń z kinem Wojciecha Smarzowskiego. Czy to znaczy, że film Warwasa jest wtórny? Takie stwierdzenie byłoby chyba nadużyciem. Oczywiście, porusza on tematy, które z podobną intensywnością pojawiają się w filmach autora "Domu złego". Jednak tam, gdzie Smarzowski stawia na dosłowność, bluzg, smród i wymiociny, Warwas idzie - z różnym skutkiem - w niedopowiedzenia, metafory, poetykę miejscami nawet baśniową. Można to lubić, można się na to krzywić. Fakt faktem - pojawia się coś nowego. Nazwisko znane publice offowo-festiwalowej, ale dopiero wchodzące w świat pełnometrażowych fabuł. Człowiek, który ma coś do powiedzenia, warsztat i umiejętność zaciekawiania widza.