Nic dziwnego, że ten kuriozalny pomysł nie został dobrze przyjęty w czułym na punkcie swojej autonomii środowisku akademickim. Wprawdzie rzecznik MNiSW Kamil Melcer uspokaja, że to nie politycy, lecz Centralna Komisja do spraw Tytułów i Stopni Naukowych będzie rozpatrywać takie wnioski i chodzi wyłącznie o pozbawienie tytułu osób nierzetelnych (wyjątkowo mało precyzyjne określenie), ale trudno spodziewać się, że propozycja odchodzącej pani minister zostanie odebrana pozytywnie przez zainteresowanych.
Zachodzę w głowę, o co chodzi Kudryckiej i dlaczego nie ufa kręgom akademickim, że one same potrafią właściwie zareagować na niewłaściwe postępowanie należących do nich naukowców. Nawet jeśli założyć, że kieruje nią szczera troska o wysoki poziom profesury, to taka metoda eliminowania "czarnych owiec" nie wydaje się ani mądra, ani skuteczna.
Owszem, zdarzają się i wśród profesorów ludzie nieuczciwi, dopuszczający się plagiatów, ulegający pokusom korupcyjnym lub nadużywający swojej pozycji społecznej, ale od rozliczania zachowań tego typu są w pierwszej kolejności rektorzy, a w drugiej - jeśli wyczerpują one znamiona przestępstwa - prokuratura i sądy.
Zamiast proponować tak daleko idącą zmianę w ustawie o szkolnictwie wyższym, lepiej jest zadbać o dokładne przyjrzenie się kandydatom do tytułu profesorskiego, który uległ w ostatnich latach poważnej dewaluacji.