Żadna inna forma aktywności nie dostarczy mi tak silnych przeżyć, jak to, co dzieje się w górach. Jest to swego rodzaju uzależnienie, tak myślę - powiedział w pewnym momencie Bielecki. I dla mnie szczerze mówiąc są to słowa kluczowe. Dlaczego?
Bo nie chodzi tu o to, kto i jak zachowałby się w górach powyżej granicy 8 tysięcy metrów. I czy, jak mówi Bielecki, Piotr Pustelnik - szef grupy, która opinię PZA sporządziła - kazałby swemu synowi zostać na szczycie z Berbeką i Kowalskim, czy nie. Chociaż bowiem wiemy na przykład, że przyglądanie się z brzegu tonącemu, gdy jest szansa, że można mu pomóc jest świństwem, to naprawdę sami nie wiemy, ja nie wiem, jak zachowałbym się w tej sytuacji. Oceniać innych mogę dopiero wtedy, jeśli sam taki test przeszedłem.
Tu jednak chodzi o sytuację zupełnie inną. Problem pojawia się w kompletnie innym miejscu. Bo ów - nie bójmy się tego słowa - himalaistyczny amok - wcale nie rodzi się poza granicą śmierci. On się rodzi w Polsce. W rodzinnych domach górskich narkomanów. Rodzi się popołudniami, gdy kolejny uzależniony, na chłodno i bez emocji, bez rzadkiego, górskiego powietrza, planuje kolejną wyprawę. Gdy, dla jakichś absurdalnych "porachunków z górą" bez wahania jest gotów - po raz kolejny - ryzykować sieroctwo swych dzieci. Wdowieństwo męża czy żony. Często zaś nawet - stawiać swoich najbliższych po prostu w zagrożeniu codziennego bytu. To tylko koniec tego procesu odbywa się w warunkach ekstremalnych. Znaczna jego część odbywa się zaś w warunkach codziennego życia. Przecież wielu z nich mówi o zostawieniu partnera nie na szczycie. Mówi o tym tu, w kraju!
I dlatego ma rację Adam Bielecki. Himalaizm to jest uzależnienie. To jest nałóg. Taki sam jak narkomania, alkoholizm czy hazard. Czy da się z tego podobnie wyleczyć? Nie wiem. Ale z całą pewnością himalaistów leczyć się powinno.