Prokuratorskie zainteresowanie i wniosek o uchylenie immunitetu szefa klubu PSL nie dziwi - atmosfera wokół Jana Burego gęstniała od kilkunastu miesięcy. Ale pojawienie się w tej sprawie postaci prezesa Najwyższej Izby Kontroli to wydarzenie bezprecedensowe.

Oto w cieniu podejrzeń staje szef instytucji, która powinna znajdować się poza jakimikolwiek podejrzeniami. Wybrany przed dwoma laty na stanowisko szefa NIK Krzysztof Kwiatkowski, jedna z politycznych nadziei rządzącej partii, sam zrzekł się immunitetu. Ale prezes bez immunitetu - wciąż może pozostać prezesem.

Konstytucyjna i ustawowa pozycja szefa NIK jest bardzo mocna. Chroni go sześcioletnia kadencja, immunitet i niełatwa ścieżka ewentualnego odwołania.

Pozbawienie szefa NIK fotela, jest możliwe tylko wtedy, jeśli sam poda się do dymisji albo też zostanie skazany prawomocnym wyrokiem sądu.

A zatem odebranie immunitetu, postawienie zarzutów, a nawet wyrok pierwszej instancji nie oznaczałyby ani automatycznego odwołania, ani nawet nie dawałyby prawa do formalnego złożenia takiego wniosku. Tyle prawo - bo w praktyce trudno wyobrazić sobie, by z prokuratorskimi zarzutami na karku jakikolwiek prezes takiej instytucji jak Najwyższa Izba Kontroli mógł wytrzymać nacisk polityczny i medialny i zostać na stanowisku.

Podejrzewam więc, że jeśli za wnioskiem o uchylenie immunitetu pójdą kolejne kroki prokuratury, pojawią się zarzuty, a potem akt oskarżenia, to Kwiatkowski będzie musiał odejść.

Szef klubu PSL - Jan Bury. To jego telefon i założony na nim podsłuch są źródłem kłopotów - i Kwiatkowskiego, i samego Burego. Podkarpacki działacz PSL od kilkunastu miesięcy jest w centrum zainteresowania prokuratury i służb i.... wciąż trwa na stanowisku.

Zawdzięcza to przede wszystkim bardzo silnej pozycji w partii. Bury miał być jednym z tych polityków, którzy będąc stronnikami Pawlaka, dokonali zwrotu i dali Januszowi Piechocińskiemu zwycięstwo i fotel prezesa. A że ten jest wciąż chwiejny, a partyjna pozycja wicepremiera - nieszczególnie mocna - zadarcie z Burym i choćby próba odwołania go z funkcji szefa klubu, mogłaby oznaczać trzęsienie ziemi w ludowych szeregach. Zwłaszcza że Bury nie zamierzał podobno w spokoju czekać na dymisję, tylko sugerował, że ta nikomu się w partii nie będzie opłacać.

Choć trudno znaleźć polityka, wokół którego byłoby tak wiele niejasności i podejrzeń wzmaganych przez przeszukania, podsłuchy i konflikty ze służbami i który wciąż zajmowałby eksponowane stanowisko, Bury trwał a politycy PSL mówili, że czekają na pierwszy, to aż prokuratura wreszcie zdecyduje się na postawienie mu zarzutów.

Teraz staje się to faktem. Co może oznaczać koniec, a przynajmniej bardzo ostry zakręt w karierze kluczowego polityka ludowców i byłego wiceministra skarbu.