Polski prezydent, rząd, a w szczególności Ministerstwo Spraw Zagranicznych, mają rację mówiąc ostatnio o istotnych sukcesach polskiej dyplomacji. Zarówno wybór naszego kraju na niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ, jak i zapowiedź rychłej wizyty prezydenta USA Donalda Trumpa w Warszawie, dają podstawy do optymizmu co do szans realizacji, a przynajmniej formułowania wobec światowej opinii publicznej, naszych narodowych interesów. Można przy okazji liczyć na to, że owe interesy będą w swej istotnej części zbieżne - a przynajmniej nie sprzeczne - z interesami Waszyngtonu.

Prezydent USA Donald Trump wygłasza oświadczenie po strzelaninie w Aleksandrii. /Olivier Douliery / POOL /PAP/EPA

Przyjazd prezydenta Stanów Zjednoczonych do Polski oznaczał dla nas zazwyczaj dobre, a czasem bardzo dobre wiadomości. Od czasów Richarda Nixona odwiedzili nas wszyscy amerykańscy prezydenci, choć najwybitniejszy z nich, Ronald Reagan, dopiero po opuszczeniu Białego Domu.

Kilkakrotnie wygłaszali tu nad Wisłą bardzo ważne dla nas przemówienia, zapowiadając nasze wejście do NATO (jak Bill Clinton), czy potwierdzając (jak Barack Obama), że sojusznicy nas nie opuszczą. Są nadzieje, że zbliżająca się wizyta prezydenta Donalda Trumpa też będzie ważna i dobra. I że padną ważne dla nas słowa. A ponieważ będzie się odbywać przy okazji Szczytu Międzymorza, słowa te - mam nadzieję - będą istotne dla całego naszego regionu.

Po to jednak, by nadzieje związane z niestałym członkostwem i wizytą prezydenta USA mogły się spełnić, trzeba jak najszybciej zakończyć świętowanie i zabrać się do pracy. Bez niej szanse mogą nie zamienić się w rzeczywistość. Z oczywistych względów nie wszystko tu od nas zależy, ale to co zależy powinniśmy bezwzględnie podporządkować strategicznym działaniom na rzecz naszego bezpieczeństwa. Jestem przekonany, że polskie władze to rozumieją - mam nadzieję, że zrozumie to także opozycja. Nasze transatlantyckie relacje nie powinny być areną polsko-polskich sporów. Jestem przekonany, że za tej administracji nie będą. I mam nadzieję, że mimo skrajnej wzajemnej niechęci rząd i opozycja postarają się, by niczego tu nie zepsuć.

Prezydent Trump przyjedzie do nas w dość szczególnej dla siebie sytuacji. Po niespełna pół roku urzędowania w Białym Domu będzie miał jasność co do tego, że polityka na tym poziomie jest zdecydowanie trudniejsza, niż mogło mu się wydawać. Trudno, by nie zdawał sobie też sprawy z tego, do jakiego poziomu emocji doszły już spory polityczne w jego kraju. On sam stał się już obiektem wielu niewybrednych ataków, a teraz dodatkowo jeszcze doszło do dramatycznego ataku na działaczy jego partii. Pod tym względem niestety nietrudno znaleźć analogię miedzy tym, co dzieje się w Polsce i za oceanem.

Czy do prezydenta Trumpa te informacje o naszym kraju będą miały szanse dotrzeć, czy ich wysłucha, jakie wyciągnie wnioski, zobaczymy. Nie wykluczam, że może pomyśleć o pewnej wspólnocie doświadczeń.

Po doniesieniach o środowym ataku na republikańskich kongresmenów w Aleksandrii na przedmieściach Waszyngtonu nie sposób przecież uciec od porównań z Ryszardem Cybą. James Hodgkinson, prawdopodobny wolontariusz z kampanii byłego demokratycznego kandydata do prezydentury Berniego Sandersa, strzelał - jak się wydaje - z powodów politycznych. Na portalach społecznościowych wcześniej wielokrotnie ostro, nawet bardzo ostro wypowiadał się przeciwko Trumpowi.

Zaatakował jeden z nielicznych już w Waszyngtonie symboli ponadpartyjności, przygotowania do dorocznego, charytatywnego meczu baseballa między Republikanami i Demokratami w Kongresie. Wymierzony w opozycję atak Ryszarda Cyby nie doprowadził w Polsce po stronie ówcześnie rządzących do żadnej refleksji. Czy po zamachu Hodgkinsona w USA będzie inaczej i atak na rządzących doprowadzi do refleksji opozycję?

Wszyscy spodziewamy się, że w Warszawie prezydent Trump potwierdzi to, czego wprost nie powiedział w Brukseli, że solidarność transatlantycka jest najważniejsza, a artykuł 5 Traktatu waszyngtońskiego pozostaje fundamentem Sojuszu Północnoatlantyckiego. Liczymy na to, że wprost potwierdzi wolę utrzymania, a może i rozszerzania amerykańskiej obecności na wschodniej flance NATO. I nasze wewnętrzne sprawy nie będą tu miały znaczenia. Na razie w sferze jeszcze ważniejszych od słów czynów jest dobrze.

Miałem okazję obserwować w ubiegłym tygodniu w bazie w Powidzu i nad Bałtykiem lotnicze ćwiczenia w ramach manewrów Baltops 17 i muszę przyznać, że budzą nadzieję. Wygląda na to, że po szczycie NATO w Warszawie oficjalne deklaracje o potrzebie skuteczniejszego odstraszania zyskują praktyczny wymiar, a Amerykanie czują się u nas coraz bardziej na miejscu. Wizyta Donalda Trumpa nad Wisłą może ten efekt jeszcze zwiększyć. Niezależnie od politycznych sympatii i antypatii warto trzymać kciuki, by tak się stało...


(łł)