Naukowcy z Uniwersytetu Harvarda mają nową teorię na temat pochodzenia muzyki. W artykule opublikowanym w najnowszym numerze czasopisma "Evolution and Human Behavior" piszą, że wszystko prawdopodobnie zaczęło się od kołysanek dla dzieci. Ich zdaniem, śpiew był dla pierwotnych rodziców najprostszym i najskuteczniejszym sposobem uspokojenia pociech, nieprzeszkadzającym przy tym w zajmowaniu się innymi ważnymi sprawami, choćby przygotowaniem pożywienia.

Zdjęcie ilustracyjne /PAP/DPA/McPHOTO /PAP

Dr Samuel Mehr i prof. Max Krasnow wysuwają hipotezę, że piosenki dla dzieci pojawiły się jako sposób, w który rodzice mogli sygnalizować im, że się nimi zajmują, że odpowiadają na ich potrzeby, ale równocześnie byli w stanie zajmować się czymś innym, choćby opieką nad rodzeństwem. To - zdaniem autorów - mógł być początek, od którego rozpoczął się rozwój muzyki w ogóle, stopniowo ewoluującej aż do naszych czasów.

"Próbom odpowiedzi na pytanie, skąd wzięła się muzyka poświęcono wiele uwagi, ale żadna z teorii nie okazała się dostatecznie dobra w przewidywaniu zarówno samych cech muzyki, jak i muzycznych zachowań" - twierdzi prof. Krasnow. "To, co my proponujemy, to próba opracowania teorii muzyki, opartej na biologii ewolucyjnej, historii człowieka i podstawowych cechach ekologii ssaków". Podstawowe założenie tej hipotezy stanowi, że rodzice i dzieci konkurują ze sobą o niezwykle istotne dobro, jakim jest... uwaga.

Autorzy pracy przyznają, że w tej konkurencji, rodzice i dzieci mieli chwilami zbieżne interesy - rodzice chcieli zaspokoić potrzebę uwagi dzieci, by ich płacz nie zwabił obcych lub drapieżników, dzieci musiały zostawić rodzicom nieco czasu potrzebnego, by choćby zdobyć pożywienie. Często jednak, jak pisał już ponad 40 lat temu biolog ewolucyjny, prof. Robert Trivers z Uniwersytetu Harvarda, interesy są sprzeczne. Dzieci domagają się jak najwięcej uwagi, dorośli chcą zaoferować jak najmniej.

Jak twierdzi Krasnow, rodzice musieli opracować jakiś sposób sygnalizowania dziecku, że nie przestają się nim zajmować. Samo spojrzenie byłoby niepraktyczne, bo trudno byłoby w tym czasie zajmować się czym innym. Śpiew daje dużo większe możliwości. Samemu dziecku też łatwiej odbierać bodźce dźwiękowe, nie musi rodzica widzieć, a jednak ma kontrolę nad tym, czy jest daleko, czy blisko, czy oddala się, czy przypadkiem nie przerywa śpiewu, by porozmawiać z kimś innym.

Rodzic obserwuje reakcje dziecka

"Rodzice mogą na bieżąco zmieniać sposób śpiewania, modyfikować melodię, rytm, tempo, czy ton w odpowiedzi na reakcje dziecka" - mówi Mehr. "Do tego dochodzą jeszcze ruchy, dotknięcia, czy wyraz twarzy, wszystko to powinno odpowiadać na nastrój malucha, jeśli się nie zgadza, sygnalizuje mu, że rodzice nie uważają".

Zdaniem autorów hipotezy, wszystko to mobilizowało rodziców, by od prawdopodobnych początkowych, prostych wokalizacji zmierzać w kierunku bardziej wyrafinowanego śpiewu i z czasem także bardziej wyszukanych form muzycznych.

"Nasza teoria nie mówi nic o tekstach, o konkretnych melodiach, zwraca tylko uwagę, że kierowany bezpośrednio do dziecka śpiew, jego właściwości akustyczne, mogły być dla uspokajania malucha najskuteczniejsze" - dodaje Krasnow. "Możemy szukać tu porównania z mową, wiemy, że zdolność mówienia mamy wbudowaną w geny, podobnie może być w przypadku muzyki".

"Załóżmy, że nasza teoria jest prawdziwa. Jak w takim razie przejść od kołysanek, do - powiedzmy - Duke'a Ellingtona?" - pyta Mehr. Jego zdaniem ewolucja muzyki jest procesem skomplikowanym, składającym się z wielu etapów, następujących w odpowiedzi na różne potrzeby. Kołysanki dla dzieci mogą być punktem wyjścia, a dalsza ewolucja - owocem swego rodzaju naturalnej selekcji.