"Chciałabym się dowiedzieć, czy armator naciskał w jakiś sposób na kapitana i dlaczego mimo ostrzeżeń płynął w sam środek huraganu. Nie jesteśmy w stanie tego zrozumieć i amerykańskie rodziny też zadają takie pytanie" - mówi w rozmowie z amerykańskim korespondentem RMF FM Agnieszka Zdobych, żona Rafała Zdobycha, który był na El Faro. W weekend odnaleziono wrak tej jednostki, a w poniedziałek potwierdził to amerykański Krajowy Zarząd ds. Bezpieczeństwa Transportu (NTSB). Wrak znajduje się na głębokości 4572 metrów w pozycji pionowej. Statek nie przełamał się. Jest w okolicy ostatniej znanej pozycji - w pobliżu Crooked Island, w archipelagu Wysp Bahama.

Kontenerowiec El Faro (zdj. ilustracyjne) //TOTE MARITIME /PAP/EPA

Odkrycia dokonał zespół poszukiwawczy z amerykańskiego okrętu "Apache", przy pomocy sonarów. Peter Knudsen z Narodowej Rady Bezpieczeństwa Transportu powiedział, że wrak statku na pewno nie zostanie wydobyty. Byłaby to zbyt trudna i kosztowna operacja. Dodał jednak, że jeśli zostaną zlokalizowane ciała marynarzy, to podjęta zostanie próba wyciągnięcia ich na powierzchnię. Na dno zostaną spuszczone specjalne łodzie i roboty.

W pierwszej kolejności śledczy chcą wydobyć czarne skrzynki, które zawierają informacje na temat ostatnich minut rejsu El Faro. Cała operacja w zależności od pogody może potrwać nawet 15 dni.

"Dlaczego kapitan wybrał taką drogą? To zastanawia"

Paweł Żuchowski: Odnalezienie statku daje nadzieje, że uda się wydobyć ciała marynarzy - o ile znajdują się one we wnętrzu. Wiadomo też jednak, że często wraki już na zawsze stają się grobowcami, bo armatorzy czy przedstawiciele służb ratunkowych rezygnują z kosztownej i niebezpiecznej operacji. Czego panie oczekują?

Agnieszka Zdobych: Oczywiście oczekiwałabym sprawdzenia, czy te ciała się tam znajdują. Dlatego że dla nas to bardzo ważne, żeby mieć 100 procent pewności, że nasi mężowie nie żyją. Dlatego że dopóki nie ma tego potwierdzenia, ta nadzieja, że żyją wciąż w nas jest. I chciałabym mieć pewność, że te ciała tam są. Chciałabym, aby armator i amerykańskie służby wydobyły te ciała. Ale wiem też, że to jest trudna sprawa ze względów technicznych. Chciałbym wiedzieć przede wszystkim czy oni tam są. To jest podstawowa sprawa.

O tym, co działo się w ostatnich minutach rejsu dowiemy się z pewnością dzięki czarnej skrzynce, która była zamontowana na tej jednostce. Nagrane są rozmowy z mostka, a także parametry urządzeń pokładowych, w tym silnika. Wiemy, że kapitan zdołał poinformować straż przybrzeżną, że silniki straciły moc. Potem łączność została przerwana. Dla pań bardzo ważną rzeczą jest odnalezienie czarnej skrzynki, bo pojawiły się informacje, zresztą szybko zostały zdementowane przez armatora, że to Polacy mogli doprowadzić do katastrofy. Ale taka informacja pojawiła się niestety.

Chciałabym, aby to zostało jeszcze raz jasno powiedziane (że to nie Polacy doprowadzili do katastrofy - przyp. red.). Natomiast ze strony amerykańskiej zostało już wielokrotnie powiedziane, że Polacy nie mieli wpływu, zresztą w ostatnim piśmie, jakie wystosowali prawnicy TOTE (armator - przyp. red.)  też jest podkreślone, że załoga nie przyczyniła się do tego, że ten statek zatonął. To, co by mnie interesowało, jeżeli chodzi o nagrania z czarnej skrzynki, to to czy armator naciskał w jakiś sposób na kapitana, żeby on nie zmieniał kursu tego statku. Chciałbym wiedzieć po prostu, dlaczego kapitan wybrał taką drogą. To zastanawia. Dlatego że mieliśmy wcześniej informacje, że kapitan należy do osób, które chowają się między wyspy (w przypadku niekorzystnej prognozy pogody - przyp. red.). Takie dwa sztormy w czasie rejsu mojego męża miały miejsce i za każdym razem ten kapitan chował się między wyspy. A tym razem popłynął w sam środek huraganu. I tego nie możemy zrozumieć.

Podejrzewają panie, że ktoś mógł naciskać na kapitana? Wydawać by się mogło, że rejs w sam jego środek wydaje się wręcz misją samobójczą. Prognozy pogody były znane. Kiedy statek wypływał z portu, już było wiadomo, że burza tropikalna zmienia się w huragan.

No dokładnie... Wie pan, to jest na tej zasadzie, że są różne spekulacje. Dopóki nie ma odpowiedzi na te wszystkie pytania, to spekulacje będą. I to pytanie nasuwa się samo... Dlaczego kapitan wybrał akurat taki kurs? Nie jesteśmy w stanie tego zrozumieć i amerykańskie rodziny też zadają takie pytanie.

Paniom trudno uwierzyć w to, co się wydarzyło. Od wielu dni rodziny - także te amerykańskie - chciały skłonić amerykańską administrację do wznowienia akcji poszukiwawczej. Nie tyle akcji poszukiwawczej wraku, co marynarzy. Czy odnalezienie statku cokolwiek zmienia?

Z tego, co ja rozmawiałam z naszymi polskimi rodzinami i niektórymi amerykańskimi, to odnalezienie statku i sprawdzenie, czy są w środku ciała, mogłoby dać nam o tyle spokój, że miałybyśmy pewność, że oni na pewno się nie uratowali. Natomiast brak łodzi ratunkowych - trzech... Do tej pory nie odnaleziono trzech tratw ratunkowych... Nie ma śladu po nich. To rodzi pytania. Jest wiele rzeczy, które wyrzucane są teraz przez fale na wyspy i to daje nam wciąż nadzieję, że może oni się uratowali. Ponieważ któryś z raportów śledczych mówił o tym, że kiedy kapitan nadawał sygnał, że mają problemy, fale nie były jeszcze takie wysokie. One dochodziły do 4 metrów. I my się zastanawiamy, czy być może załoga już wówczas się nie ewakuowała, bo przy takich warunkach jest na pewno łatwiej podjąć próbę ratunku niż przy 15 metrowych falach i takim silnym wietrze. To, co ja myślę i to co chciałabym, zresztą nie tylko ja, bo tutaj jedna z polskich żon też wystosowała e-maila do strony amerykańskiej, żeby sprawdzić jeszcze raz te wyspy, które są bezludne. Bo tam, gdzie mieszkają ludzie, to wiadomo, że zawsze znajdzie się ktoś, kto udzieli pomocy. Na bezludnych wyspach takiej pomocy nasi mężowie mogą nie otrzymać. To jest też coś, co nie daje nam spokoju. W momencie, gdyby się okazało, że ciała są we wraku, to już byśmy nie naciskały na poszukiwania ich.

Rodziny ofiar trzymają się razem. Widziałem, że powstała nawet strona na Facebooku. Amerykańskie rodziny wspierają polskie i odwrotnie.

Tak, to jest bardzo ważne. Tym bardziej, że kiedy leciałyśmy do Stanów Zjednoczonych, kiedy trwały jeszcze poszukiwania członków załogi, to miałyśmy takie obawy, że skoro pojawiły się takie informacje, że Polacy mogli się przyczynić do katastrofy, to bałyśmy się reakcji amerykańskich rodzin. Ale naprawdę zostałyśmy bardzo ciepło przyjęte i nikt nie miał do nas żadnych pretensji. I faktycznie nie czułyśmy się, że jesteśmy tam kimś obcym.

Wiem, że dotknęły panie za to informacje, które pojawiły się tutaj w USA i zresztą w Polsce też, dotyczące walki o odszkodowania. Niektóre media twierdziły, że podpisały już panie pełnomocnictwa dla adwokatów i że będą się panie domagały wysokich odszkodowań. Nawet kilku prawników twierdziło, że ma już z paniami podpisane porozumienia. Wszystko okazało się nieprawdą. Do tej pory do sądu trafiły cztery pozwy kierowane przez pełnomocników amerykańskich rodzin.

Mogę tylko powiedzieć, że wszystkie medialne informacje, że któryś z prawników nas reprezentuje (nas - rodziny polskie - przyp. red.), czy że ma podpisane jakieś wstępne porozumienie, nie są zgodne z prawdą. Nie podpisałyśmy żadnych umów z osobami, które próbowały się z nami skontaktować w różny sposób. Te wszystkie oferty były nachalne, naruszały naszą prywatność.

(MRod)