Coraz więcej wskazuje na porażkę Polski w sprawie Nord Stream 2. Słowo porażka nie jest przy tym być może do końca właściwe, bo jego sens zakłada przegraną w grze, w której bierze się udział. W tym wypadku nie wiadomo jednak nic o tym, byśmy byli zaproszeni do stołu, przy którym ustalany jest nowy porządek w naszej części świata. Raczej, zgodnie z wielowiekową tradycją, negocjacje toczą się bez naszego udziału.

Niedawno pisałem, że sprawa Nord Stream 2 to pierwszy sprawdzian stosunku Joe Bidena do Polski, której zależy na zablokowaniu inwestycji wiążącej Rosję z Niemcami, a osłabiającej Ukrainę. Wydawało się, że interesy amerykańskich eksporterów gazu skroplonego pomogą utrzymać linię Donalda Trumpa, który blokował sankcjami kładzenie rur.

 

Teraz wydaje się, że działania nowej administracji USA w sprawie gazociągu mogą się raczej kojarzyć z niezbyt przyjaznym, szczególnie wziąwszy pod uwagę datę, wydarzeniem z 17 września 2009 roku, kiedy to rządzący pierwszy rok Barack Obama odwołał obietnicę George`a Busha o budowie w Polsce i Czechach instalacji tarczy antyrakietowej.

Krótko po wyborach w USA szef niemieckiej dyplomacji zapowiedział, że bezzwłocznie zacznie przekonywać nowe władze w Białym Domu, by pozwoliły na dokończenie rozbudowy gazociągu z Rosji, który jego kraj uważa za inwestycję strategiczną. Minister podkreślał, że jest dobrej myśli, chociaż oficjalne zapowiedzi amerykańskiego departamentu stanu sugerowały, że Heiko Mass jest nadmiernym optymistą.

 

Jednak wkrótce okazało się, że rosyjskie statki do układania rur ruszyły na zachód, a potem wznowiono prace na południe od Bornholmu. Następnie najważniejsza niemiecka biznesowa gazeta "Frankfurter Allgemeine Zeitung" napisała, że Departament Stanu nie będzie wdrażać kolejnej fazy nakreślonego przez Donalda Trumpa planu sankcji przeciwko firmom zaangażowanym w przedsięwzięcie. Według dziennika, nowe amerykańskie władze zastrzegły, że mogą wrócić do sankcji, ale na razie wolą prowadzić w sprawie gazociągu "cichą dyplomację".

Co oznacza dla Niemców i Rosjan ta nowa linia Białego Domu? Jak trzeźwo zauważa oksfordzka wywiadownia gospodarcza Eurointelligence, cicha dyplomacja ułatwi dokończenie budowy, a do ułożenia pozostało tylko kilkadziesiąt mil rurociągu.

Według Eurointelligence, wywiadowni kierowanej przez Wolfganga Munchaua, byłego dziennikarza Financial Times i ex-szefa Financial Times Deutschland, zwrot ludzi Joe Bidena w sprawie Nord Stream 2 to nic innego jak "kapitulacja".

 

Wywiadownia zauważa, że w związku ze zwrotem w sprawie bałtyckiego gazociągu, republikanie oskarżają już administrację Bidena o narażanie bezpieczeństwa USA, poprzez działanie na rzecz wzmocnienia energetycznej zależności Europy od gazu z Rosji.

Według Eurointelligence, za cichą zgodą na dokończenie rurociągu kryje się pragnienie odbudowy relacji z najsilniejszym państwem w Europie, nadszarpniętych przez konsekwentnie ostre działania Donalda Trumpa. W ocenie wywiadowni, nie można wykluczyć, że w Waszyngtonie brakuje świadomości, że Niemcy wcale nie zamierzają odwdzięczyć się za ten prezent.

"Kiedy gaz już popłynie, nie będzie się dało włączyć ropy i gazu w sankcje przeciwko Rosji. Niemcy nie sprzymierzą się również z USA w sprawie Chin, biorąc pod uwagę, że Chiny są największym rynkiem eksportowym dla Niemiec, które są też zależne od chińskiej technologii telekomunikacyjnej" - napisano w raporcie. "Nie zobaczymy też znaczącego wzrostu niemieckich wydatków na obronę przy jakiejkolwiek możliwej do przewidzenia konstelacji koalicyjnej" - dodają autorzy raportu i konstatują: "Zatem ten konflikt kończy się wynikiem 3:0 dla Niemiec".

Trudno oprzeć się wrażeniu, że taki wynik oznacza wyeliminowanie z Polski z gry o rurę. Posługując się piłkarskim porównaniem, wysoka wygrana Niemiec daje automatyczny awans Rosji. Dla Polski oznacza spadek do niższej klasy rozgrywek.