Nie wiem, co bardziej podziwiać w wypowiedzi sekretarza stanu USA Johna Kerry´ego przed senacką podkomisją do spraw badania wydatków budżetowych o tym, że Rosjanie uporczywie wprowadzali go w błąd i kłamali mu oraz innym osobom w twarz przy wielu różnych okazjach na temat swej działalności na Ukrainie: szczerość, czy naiwność.

Z jednej strony na pochwałę zasługuje umiejętność przyznania się jednego z najważniejszych polityków supermocarstwa do faktu bycia okłamywanym, oszukiwanym i często wprowadzanym w błąd przez rosyjskich rozmówców, z drugiej zdumiewa natomiast to, że sekretarz stanu USA łudził się, iż słyszy od swoich moskiewskich rozmówców słowa prawdy.

Dziesiątki lat kontaktów dyplomatycznych Stanów Zjednoczonych ze Związkiem Sowieckim, z później Federacją Rosyjską powinny nauczyć polityków z Waszyngtonu raz na zawsze, że mają do czynienia z notorycznymi kłamcami, potrafiącymi łgać w żywe oczy z cynicznym uśmiechem i prowadzić grę polityczną w sposób trudny - ale jednak możliwy - do wyobrażenia dla ludzi Zachodu.

Słowa Kerry´ego najlepiej potwierdzają ogromną przewagę Władimira Putina nad Barackiem Obamą. Prezydent Rosji z pewnością nie traktuje poważnie swojego amerykańskiego odpowiednika, skoro i on, i jego najważniejsi współpracownicy dają się tak łatwo nabierać na ewidentne kłamstwa, wierząc w płynące z Kremla pokojowe deklaracje.

W interesie całego świata, zwłaszcza zaś państw Europy środkowo-wschodniej jest, aby gospodarz Białego Domu zaczął  wreszcie myśleć racjonalnie, a nie życzeniowo i nie brał za dobrą monetę kolejnych złych szelągów tak gorliwie podsuwanych mu z Kremla.