Dziś mija 80. rocznica śmierci jednej z największych postaci w polskim episkopacie w XX w. Był on nie tylko gorliwym duszpasterzem, ale posłem i senatorem Drugiej Rzeczypospolitej, działaczem społecznym oraz obrońcą Górnego Śląska i Kresów Wschodnich. Był on osobą powszechnienie szanowaną za zasługi dla Ojczyzny. Jednak ze względu na swoją bezkompromisowość nie otrzymał on Orderu Orła Białego: ani za życia, a pośmiertnie. No cóż, nie pierwszy to przypadek, że ludzie tak bardzo zasłużeni dla Drugiej Rzeczypospolitej nie są doceniani przez establishment Trzeciej Rzeczypospolitej.

Metropolita warszawski arcybiskup Kazimierz Nycz podczas otwarcia wystawy poświęconej Józefowi Teofilowi Teodorowiczowi (zdj. arch.) / Tomasz Gzell /PAP


Józef Teofil Teodorowicz rodził się  25 lipca 1864 w Żywaczowie na Pokuciu, w rodzinie ormiańskiej. Po ukończeniu gimnazjum w Stanisławowie studiował najpierw prawo na uniwersytecie w Czerniowcach na Bukowinie, a następnie teologię na uniwersytecie we Lwowie. Po otrzymaniu święceń kapłańskich w obrządku ormiańskokatolickim został proboszczem w Brzeżanach. Kilku lat później, będąc już kanonikiem we Lwowie, przyczynił się do założenia dzienników “Ruch Katolicki" i “Przedświt". Współpracował w tym dziele z ks. Adamem Stefanem Sapiehą, późniejszym kardynałem i biskupem krakowskim, którego w 1905 r protegował na stanowisko tajnego radcy w Watykanie (m.in. do spraw polskich)  przy papieżu Piusie X, a z którym przyjaźnił się i współpracował do końca swego życia.

Po śmieci arcybiskupa Izaaka Mikołaja Isakowicza został wybrany na nowego ordynariusza archidiecezji ormiańskiej we Lwowie. Od razu zaangażował się w życie społeczne i polityczne. Zasiadał z urzędu w latach 1902-1918 w wiedeńskiej Izbie Panów, a w latach 1902-1914 w sejmie galicyjskim we Lwowie. W obu parlamentach bronił spraw polskich. W okresie I wojny światowej reprezentował stanowisko antyniemieckie, a za piętnowanie nadużyć soldateski austriackiej o mało nie trafił do więzienia. W czasie wybuchu zrywu Orląt Lwowskich opowiedział się po stronie polskiej.

W 1919 r. wybrany został do Sejmu Konstytucyjnego, a na rozpoczęcie jego obrad wygłosił słynne kazanie w katedrze w Warszawie, w którym apelował do nowo wybranych posłów: W obliczu tej przyszłości i w obliczu Bożem, w obliczu sumienia waszego składamy przed Tobą, Panie, my posłowie pierwszego wielkiego sejmu na polskiej ziemi, ślubowanie poselskie. Przyrzekamy przed Tobą, że od pierwszej narady sejmowej i wszystkich narad przychodzić będziemy z czystymi rękoma i czystym sumieniem, jak do sprawy świętej. I uciszymy nasze namiętności i oczyścimy nasze dusze, byśmy tym lepsze wydawali prawa, im głębiej w siebie wejdziemy. My nie chcemy już odtąd szukać naszych własnych korzyści, a chcemy i pragniemy szukać jedynie tylko dobra naszej ukochanej i drogiej ojczyzny.

Arcybiskup Teodorowicz poseł wraz z bp. Adamem Sapiehą zaangażował się w sprawę przywrócenia Górnego Śląska do Macierzy. Popadł wówczas w konflikt z dyplomacją watykańską, krytykując poczynania niektórych jej przedstawicieli, w tym nuncjusza Achillesa Rattiego, późniejszego Piusa XI. W 1922 r. wraz z Sapiehą  zasiadł w Senacie RP z listy Narodowej Demokracji, z której ideałami  się utożsamiał. Mandat senatorski złożył jednak rok później na wyraźne życzenie Piusa XI, Pozostał jednak wierny związkom z endecją, będąc przeciwnikiem sanacji. 

W czasach śląskiego plebiscytu zetknął się z Wojciechem Korfantym, którego cenił tak za patriotyzm, jak i za jego poglądy na sprawy społeczne. W następnych latach bronił go publicznie przed atakami przeciwników politycznych. Zdecydowanie też poparł swego przyjaciela abpa Sapiehę w czasie tzw. konfliktu wawelskiego, wywołanego w 1937 r. przeniesieniem zwłok Józefa Piłsudskiego do krypty Srebrnych Dzwonów w katedrze wawelskiej. Za swoją działalność został doktorem honoris causa Uniwersytetu Lwowskiego oraz obywatelem honorowym kilku miast polskich, w tym Lwowa i Brzeżan.

Był gorliwym rządcą archidiecezji, ze względu na małą ilość powołań rodzimych przyjął do archidiecezji wielu kapłanów ormiańskich z Bliskiego Wschodu. Przeprowadził gruntowną renowację katedry ormiańskiej we Lwowie, ozdabiając ją słynnymi freskami Jana Henryka Rosena i mozaikami Józefa Mehoffera. Był uczestnikiem synodów ormiańskich w Rzymie w 1911 i 1928 r. oraz krajowych zjazdów patriotycznych. Był świetnym kaznodzieją i pisarzem. Zostawił po sobie zbiory kazań oraz liczne publikacje o charakterze religijnym i społecznym, z których wiele cieszyło się dużą popularnością.                

Zmarł 4 grudnia 1938 r. Jego uroczysty pogrzeb, który zgromadził wielką ilość delegacji i pocztów sztandarowych z całej Polski, był ostatnim tego typu wydarzeniem we Lwowie przez wybuchem wojny. Zgodnie ze swoją wolą nie został pochowany ani w grobowcu arcybiskupim, ani w katedrze, ale w zwykłym żołnierskim grobie na Cmentarzu Obrońców Lwowa na Łyczakowie. W czasie okupacji sowieckiej jego trumnę, w obawie przed profanacją ze strony komunistów, kryto w grobowcu rodziny Kłosowskich. Dopiero w 2011 r., po wieloletnich starania środowiska Ormian polskich trumna ta powróciła na miejsce wiecznego spoczynku, choć bez należnej posłowi i senatorowi odpowiedniej oprawy ze strony władz RP.  

W tym roku z okazji 100. rocznicy odzyskania niepodległości różne organizacje społeczne podjęły działania w celu pośmiertnego nadania tak bardzo zasłużonemu patriocie Orderu Orła Białego. Niestety kapituła tego orderu, choć swoje odznaczenie przyznała 25 innym osobom (w tym przedstawicielom kilku mniejszości nagrodowym), pominęła arcybiskupa ormiańskiego. Stało się to  bardziej ze względów politycznych niż merytorycznych. Nawiasem mówiąc, pominięto także bohaterskich obrońców Kresów, generałów Tadeusz Jordana Rozwadowskiego, Romana Abrahama i Mieczysława Borutę-Spiechowicza.

No cóż, nie pierwszy to przypadek w ostatnich latach, że ludzie tak bardzo zasłużeni dla Drugiej Rzeczypospolitej nie są doceniani przez establishment Trzeciej Rzeczypospolitej.