Wdowa po wiceministrze kultury Tomaszu Mercie, Magdalena Merta uważa, że dowód osobisty męża, który odzyskała po katastrofie smoleńskiej, to inny dokument niż ten, który widać na zdjęciu w aktach przesłanych przez Rosjan. Jeden jest przedmiotem, który był przy mężu, drugi spreparowano - twierdzi.

"Dokumenty Merty mogły zostać zniszczone w drodze ze Smoleńska"

Dokumenty Tomasza Merty mogły ulec zniszczeniu w drodze ze Smoleńska. Taką wersję śledczą biorą pod uwagę prokuratorzy, którzy zaczęli badać sprawę dowodu osobistego byłego wiceministra kultury. Merta to ofiara katastrofy 10 kwietnia. czytaj więcej

O dokumentach Tomasza Merty, który zginął w katastrofie smoleńskiej, mówił także na konferencji prasowej w Sejmie pełnomocnik części rodzin ofiar katastrofy, mec. Bartosz Kownacki. Wielokrotnie porównywaliśmy dokumentację znajdującą się w aktach śledztwa i dowód osobisty, który otrzymała pani Magdalena Merta. Jak nic, są to dwa rożne dokumenty. Tzn. o tym samym zdjęciu, tym samym numerze serii, natomiast w dwóch różnych stanach - jeden z nich po prostu jest dowodem nadpalonym - mówił.

Magdalena Merta tłumaczyła natomiast, że w dokumentach dotyczących jej męża, które Rosjanie przesłali "z opóźnieniem z góra rocznym, znajdują się rzeczy świadczące o tym, że te przedmioty zostały wyprodukowane czy też po prostu sfałszowane". I w moim przekonaniu podłożone mojemu mężowi - dodała. Wdowa podkreśliła też, że w maju ubiegłego roku w Mińsku Mazowieckim Żandarmeria Wojskowa oddała jej zestaw rzeczy odnalezionych, jak powiedziano, przy ciele jej męża. Natomiast miesiąc temu, mniej więcej w lipcu, w każdym razie tego roku, przedstawiono mi zestaw przedmiotów i dokumentów, po których identyfikowano mojego męża, zestaw, który jest dokładnie rozbieżny z tym, co otrzymałam w Mińsku - oświadczyła. Jak mówiła, to "są po prostu inne rzeczy, o których nie ma słowa w protokole odnalezienia zwłok czy późniejszego przeszukania". Jedynym punktem wspólnym w obu zbiorach przedmiotów jest dowód osobisty, co do którego ja się upieram, że nie jest tym samym dowodem. Że jeden jest rzeczywiście przedmiotem, który był przy moim mężu, a drugi jest przedmiotem, który preparowano po to, by komuś przypisać tę tożsamość - mówiła wdowa na konferencji prasowej w Sejmie.

Na późniejszym posiedzeniu parlamentarnego zespołu ds. katastrofy smoleńskiej Merta tłumaczyła również, że dowód osobisty jej męża "istnieje w dwóch wersjach". Jednej - zniszczonej i najprawdopodobniej rzeczywiście odnalezionej na miejscu katastrofy, którą oddano mi rok temu w Mińsku, i w drugiej wersji dziewiczo czystej, którą dysponują Rosjanie, a przynajmniej dysponują zdjęciami, bo nikt nam tego dokumentu nie pokazywał, tylko w aktach jest zdjęcie tego dowodu - zaznaczyła.

Kownacki poinformował, że w sprawie dowodu zostało złożone zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa "w kierunku fałszowania dokumentacji śledztwa i utrudniania postępowania karnego przez stronę rosyjską". Jak dodał, śledztwo w sprawie dowodu zostało wszczęte, co "świadczy o wadze tej sprawy".