Decyzja sądu przede wszystkim otwiera drogę, by zajrzeć do tajnych akt śledztwa, które prowadziła prokuratura w Zielonej Górze - ocenia nasz redakcyjny kolega Roman Osica, którego ten wyrok również dotyczy. Według materiałów śledztwa był inwigilowany przez służby wraz z innym naszym dziennikarzem Markiem Balawajdrem.
Oczywiście na razie ten przywilej ma jedynie dziennikarz "Gazety Wyborczej", jednak jak przyznał minister sprawiedliwości w rozmowie z Romanem Osicą, droga jest otwarta również przed resztą inwigilowanych dziennikarzy. Oczywiście każdy z dziennikarzy może złożyć taki wniosek, a decyzję w tym zakresie będzie podejmował sąd - tłumaczy.
A sąd prawdopodobnie po wczorajszym orzeczeniu do kolejnych wniosków się także przychyli.
Co ciekawego możemy znaleźć w aktach? Na przykład odpowiedź na pytanie: jaki był zakres inwigilacji dziennikarzy. Na razie wiemy, że służby bezkarnie i bez zgody sądu kontrolowały billingi połączeń telefonów reporterów i miejsca, w których się one i - de facto dziennikarze - znajdowali.
Niewykluczone, że inwigilacja była szersza: czyli że ABW czy CBA podsłuchiwały rozmowy dziennikarzy, a to już zdecydowanie wykraczałoby poza granice prawa. Wreszcie po upublicznieniu zawartości tych akt będzie można wyjaśnić dlaczego z takim uporem prokuratorzy chcieli umorzenia śledztwa, a ich były szef Edward Zalewski nakazał ponownie sprawę badać. A zatem cóż takiego zobaczył w materiałach, że podjął taką decyzję - słowem mamy szansę poznać prawdę o inwigilacji ludzi mediów i wreszcie uciąć spekulacje jak naprawdę było.