Wysoko podrzucona piłeczka i mocny serwis. Wojewoda zwołuje konferencję prasową, na której informuje dziennikarzy, że według niego główne uroczystości Światowych Dni Młodzieży nie powinny odbywać się w Brzegach w gminie Wieliczka. Wszystko ze względów bezpieczeństwa. Jednak konkretów co do decyzji brak. Propozycja? W razie czego zamkniemy lotnisko i przeniesiemy mszę do Balic. Mocno uderzona piłka sprawia spore problemy przy returnie.

Krytyczny raport w sprawie lokalizacji mszy św. z udziałem papieża podczas Światowych Dni Młodzieży (zdj. ilustracyjne) /Jacek Bednarczyk /PAP

Energiczne uderzenie rakietą. Nie będzie przenoszenia uroczystości. Mamy Brzegi, mamy plan, mamy rację. Zostajemy pod Krakowem - twierdzą organizatorzy, dementując jednocześnie rewelacje wojewody, który już pakuje niewielką podręczną walizkę, bo za chwilę jedzie do Warszawy, opowiedzieć o swoim pomyśle tzw. górze. Góra czeka z niecierpliwością. Serwujący czeka na wracającą piłkę.

Zaskakujący bekhend. Tzw. góra wysłuchuje swojego terenowego przedstawiciela. Tymczasem serwisy informacyjne mówią o alarmującym raporcie Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Wysokie ryzyko dla życia i zdrowia. Niebezpieczna linia energetyczna. Groźba grzęzawiska. Jak stąd wyjść, skoro brakuje dróg? Nie no, teraz to już na pewno po Brzegach. Mamy punkt? Jednak nie!

Zawodnik dobiega do trudnej piłki i odbija w stronę przeciwnika. Burmistrz Wieliczki rozkłada w swoim gabinecie mapę. Pokazuje Brzegi i okolice. Tu jest linia, ale tu ją przesuniemy. Teren utwardziliśmy. Łączność będzie. Chyba raport odrobinę stracił na aktualności. Organizatorzy - strona kościelna - na konferencji informują: "Nie ma planu B." Kiedy będzie? Jak będzie katastrofa. Uroczystości jednak w Brzegach; nie rozważamy przeniesienia. Piłka w grze...

Taki to osobliwy mecz, odbijanie piłeczki, obserwujemy w ostatnich dniach pomiędzy organizatorami, służbami, władzami i wszelkimi podmiotami, które przygotowują Światowe Dni Młodzieży. Gdyby rzeczywiście przenieść całą sytuację na kort, poziom meczu byłby równie wysoki i podobny do tego, co oglądamy na wielkoszlemowych turniejach. Problem w tym, że tutaj nie za bardzo wiadomo, kto gra po której stronie. Każdy mówi co innego, a przecież wszystkim zależy na tym samym. Niby stoimy po tej samej stronie kortu, ale okazuje się, że odbijamy piłkę pomiędzy sobą. Kibice dostają oczopląsu. Tablica wyników wariuje. Sędzia już dawno zszedł ze swojego podwyższenia. Piłka jest w grze, ale kto wygra mecz?


(dp)