Najnowsze sondaże wskazują około 45 procent poparcia dla rządzących konserwatystów. Jeśli wynik przedterminowych wyborów je potwierdzi, torysi zasiądą w parlamencie z większością głosów i przewagą około 140 posłów. Przeforsują każdą zaproponowaną przez siebie ustawę. Nie przestraszą się nawet Brexitu. Już za siedem tygodni Brytyjczycy pójdą do urn w przedterminowych wyborach parlamentarnych. To czas, by przekonać niezdecydowany elektorat do swojej wizji Wielkiej Brytanii i jej miejsca w Europie. Transformacja, jaką tutejsza scena polityczna przeszła od unijnego referendum, sprawia, że wszelkie projekcje muszą być bardzo ostrożne. To jak wróżenie z fusów przed trzęsieniem ziemi.

Brytyjska premier, Theresa May /PAP/EPA/LUKE MACGREGOR / POOL /PAP/EPA

Nieuchronność Brexitu nie budzi już żadnych wątpliwości. Procedura wyjścia z Unii została uruchomiona i zegar odmierza dwa lata, w ciągu których zakończone powinny zostać negocjacje z Brukselą. Jeśli konserwatyści jednoznacznie wygrają wybory, zmierzać będą do opuszczenia Unii w tzw. twardym stylu. Oznacza to rezygnację ze wspólnego rynku i unii celnej. Wszystko zależy od tego, jak zdecydowane to będzie zwycięstwo. W przypadku, gdyby nie zdobyli większości w parlamencie, będą szukać koalicjantów. Jedyną partią, która mogłaby ich wesprzeć, są Liberalni Demokraci. Już raz rządzili oni wspólnie z torysami - za pierwszej kadencji premiera Davida Camerona - i byli skutecznym kagańcem jego najbardziej radykalnych dążeń. Brexit wszystko zmienia. Będzie dla Brytyjczyków najważniejszym kryterium w dniu wyborów.

Liberalni Demokraci są jedyną partią, która otwarcie sprzeciwiała się opuszczeniu Unii. Ale i oni przeszli transformację. Teraz domagają się, by parlament zatwierdził przynajmniej końcowe porozumienie z Brukselą. Nie wykluczają też zwołania drugiego referendum. Nie unieważniałoby Brexitu, ale dawałoby elektoratowi prawo do decydowania, na jakich zasadach zostanie przyjęty, i odrzucenia końcowych ustaleń, jeśli byłyby one niekorzystne dla Wielkiej Brytanii. Poglądy konserwatystów i Liberalnych Demokratów na Brexit są nie do pogodzenia. Taka koalicja byłaby kwadraturą koła, która mógłby przedłużyć negocjacje z Brukselą w nieskończoność.

Druga odsłona

Partia Pracy pod wodzą Jeremy'ego Corbyna ma fatalne notowania w sondażach, najgorsze od czasów zakończenia wojny w Europie, i poparcie prawie dwa razy mniejsze niż konserwatyści. Lider labourzystów stawia na walkę z establishmentem i stare lewackie wartości. Rezonuje to pozytywnie ze sporą częścią członków partii, ale nie wygra wyborów. Szczególnie stosunek do Brexitu jest godny odnotowania.

Dla Partii Pracy najważniejsza jest kontrola nad wewnętrzną polityką państwa - czyli służbą zdrowia, edukacją i opieką społeczną. Brexit jest na dalszym planie. To ryzykowna strategia przed wyborami, których będzie to kwestią nadrzędną. Gdyby przypadkiem labourzyści znaleźli się wobec perspektywy utworzenia rządu mniejszościowego i potrzebowali koalicjanta, znowuż proeuropejscy Liberalni Demokraci byliby jedyną zdolną wejść do tej koalicji partią. I ponownie, jak w przypadku ewentualnej koalicji z konserwatystami, mielibyśmy do czynienia z nierozwiązywalną kwadraturą koła.

Kto zyska najwięcej?

Spróbujmy być realistami. Brexit wydaje się przesądzony. Podobnie jak fakt, że to konserwatyści wygrają te wybory. Tu już nie chodzi o zawracanie kijem historii i próbę ignorowania wyniku referendum. To się nie stanie. Chodzi o to, w jakim stylu Wielka Brytania wyjdzie z Unii i jaką kontrolę nad tym procesem będzie miał parlament.

Brexit podzielił Wielką Brytanię. A teraz dzieli jej politykę na miękką i twardą. Nie należy zapominać, że 48 procent Brytyjczyków zagłosowało za pozostaniem w Unii Europejskiej, a Brexit to temat ponadpartyjny - wśród konserwatystów i laburzystów są zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy Brexitu.

Nie zdziwiłbym się, gdyby Liberalni Demokraci okazali się partią, która najwięcej zyska w nadchodzących wyborach. Jeśli umieszczą na pierwszym miejscu manifestu Brexit, staną się magnesem dla "pro-Europejczyków" spod innych sztandarów brytyjskiej polityki. Wyborów nie wygrają. Ale polityka jest systemem naczyń połączonych. Rosnące znaczenie Liberalnych Demokratów oznaczałoby malejące konserwatystów i Partii Pracy. Staliby się wówczas potencjalnym koalicjantem, który patrzyłby rządowi na ręce podczas negocjacji z Brukselą.

Środek ciężkości

Brytyjska polityka stała się kryształową kulą, w której niewiele widać. Wektory partyjnych interesów przecinają się z narodowym w tak gęstej pajęczynie, że trudno określić, gdzie znajdują się obecnie jej fundamenty. Charakterystyczne jest to, że politycy na razie ignorują stosunek Unii Europejskiej do Brexitu. Wszak negocjacje się jeszcze nie rozpoczęły. Ale według publikowanych przez media przecieków z Brukseli, Wielka Brytania najprawdopodobniej pozostanie pod kontrolą jurysdykcji Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości przynajmniej w okresie wdrożeniowym, który może potrwać kilka lat. To może zaskoczyć tych, którzy głosowali za opuszczeniem Wspólnoty.

Brexit nie zatrzaśnie też natychmiast drzwi dla swobodnego przepływu ludności, a kontrola granic była dla brexitowców Świętym Graalem. Należy się zatem spodziewać trudnego kompromisu. Jest jeszcze kwestia potężnych opłat, jakie Wielka Brytania musiałaby wnieść do unijnych kufrów po rozwodzie z Brukselą. Londyn na razie przecząco macha na to ręką, ale Europa upomni się o te pieniądze. A nie będą to grosze ani pensy, lecz kilkadziesiąt miliardów funtów.

Szkoci na marginesie

Na koniec jeszcze kilka zdań na temat północy Wyspy. Szkoci z niepokojem śledzą kurs, jaki Londyn obrał na Brexit. Zagłosowali zdecydowanie za pozostaniem w Unii i zrobią wszystko, żeby storpedować rządową strategię tzw. twardego Brexitu. Nie wiadomo, czy jeśli okaże się on miękki, będzie to wystarczającą marchewką, by nie zagłosowali za niepodległością.

Zasiadający w Izbie Gmin szkoccy nacjonaliści nie chcieli przedterminowych wyborów. Wszyscy bez wyjątku powstrzymali się od głosu w tej sprawie, a posiadają w parlamencie 58 posłów, kilkakrotnie więcej niż Liberalni Demokraci.

Ponieważ różnice interesów między południem a północą Wyspy są olbrzymie, wątpliwe, by Narodowa Partia Szkocji mogła stać się ewentualnym koalicjantem. Szkoci nie chcą wspólnych rządów z konserwatystami ani labourzystami. Ale ponieważ Brexit to dla nich "być albo nie być", kto wie, czy nie byliby skłonni zmienić zdania.

Jeszcze przed rokiem próba zrozumienia brytyjskiej polityki nie wymagała kryształowej kuli. Po unijnym referendum i decyzji o zwołaniu przedterminowych wyborów kula już nie wystarcza. Powyższe spekulacje są wróżeniem z fusów. Ale niczym innym nie są sondaże, które dają konserwatystom tak olbrzymią przewagę nad rywalami. Warto zatem i na nie przymrużyć oko.