Dokładnie 40 lat temu polscy himalaiści zdobyli zimą najwyższy szczyt świata, czyli Mount Everest. 17 lutego 1980 roku o godzinie 14:25 czasu nepalskiego do historii przeszli Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki. Pierwsi zimowi zdobywcy do dziś podkreślają jednak, że to wielki sukces całego, dużego polskiego zespołu pod kierownictwem legendarnego lidera ekspedycji Andrzeja Zawady. "Uczestniczyłem w kilkudziesięciu wyprawach i bardziej grupowej atmosfery, takiego teamu, który się stworzył, to na żadnej wyprawie już nie było. Trzeba było wejść na ten Everest. Wiedzieliśmy, że jak wejdziemy, to będzie to niesamowita frajda nie tylko dla nas, ale dla wszystkich i w bazie, i w Polsce" - wspomina Leszek Cichy w rozmowie z RMF FM. "Mieliśmy poczucie takiej historyczności chwili. Wiedzieliśmy, że to była w ogóle pierwsza wyprawa zimowa w Himalaje, działająca w oficjalnym terminie, z oficjalnym zezwoleniem. Jak wieczorem powiedzieliśmy więc, że będziemy atakować, że idziemy, to czuliśmy taką niesamowitą emocję w bazie, taką po prostu pozytywną energię, która nas podpiera" - dodaje. W rozmowie z dziennikarzem RMF FM Michałem Rodakiem wspomina między innymi jak smakowały torty przygotowane dla zdobywców na przywitanie w bazie, opowiada o muzyce, której słuchali himalaiści, a także o popularności, którą w kraju dał im ten wielki sukces.

Michał Rodak: Pamięta pan jeszcze smak tego tortu, który po zejściu do bazy pan otrzymał? Drugi trafił w ręce Krzysztofa Wielickiego. To był dobry tort?

Leszek Cichy: On był w ogóle zrobiony z gotowych ciast. Mieliśmy takie ciasta zrobione przez wojsko w dużych puszkach. Pamiętam, że były babki piaskowe, keksmakowiec. Środek już nie pamiętam, ale literki były wycięte właśnie z babki piaskowej, takie jasne. Powiem szczerze, że bardziej niż smak pamiętam wygląd, bo to można sobie przypomnieć na zdjęciu. Nawet nie jestem pewien czy do końca zjedliśmy ten tort, bo raczej jeżeli już ten dzień wspominam, to niesamowite gorące przyjęcie przez wszystkich uczestników na dole.

To był tort zrobiony na przywitanie po powrocie ze szczytu, ale przygotowany przez uczestników. Nie przez obsługę bazy, a pana kolegów.

Wtedy obsługa bazy polegała też na tym, że mieliśmy kucharzy, ale zawsze była wyznaczona jedna lub dwie osoby do gotowania, a kucharze służyli do przygotowywania posiłków, ale pod kierownictwem tej wyznaczonej jednej osoby czy dwóch.

Pojawił się także szampan, o czym przeczytałem w pana nowej książce, czyli "Gdyby to nie był Everest...", która właśnie niedawno się ukazała. Ale ten szampan chyba też nie był idealny.

Ja przypomnę, że tytuł brzmi "Gdyby to nie był Everest" i trzy kropki... To jest rzeczywiście początek zdania, które wypowiedziałem ze szczytu Everestu. Szampan, hm. W momencie tej uroczystej kolacji, gdy już wiadomo, że za dwa dni schodzimy z bazy już do Lukli i potem samolotem do Katmandu, wszystko co było najlepszego kucharz powynosił, odpowiednio wcześniej podgrzewając, bo to ciągle było przymarznięte. Wtedy ktoś sobie przypomniał: "Zaraz, zaraz. Przecież dostaliśmy od ambasadora Wawrzyniaka dwa szampany". Szampany... Sowieckoje Igristoje, powiedzmy szczerze. Rzeczywiście, z atencją kucharz pobiegł, z atencją otwiera i nic nie strzeliło, bo po prostu szampany były zamarznięte. To chyba jeden z tych dwóch przypadków, kiedy piłem szampana nie włożonego do kubełka z lodem, tylko do kubełka z wrzątkiem. Dużo nie udało się wypić.

Poza tymi tortami, poza tym zdjęciem, które co jakiś czas można zobaczyć czy to na prezentacjach, czy też w mediach, na którym widać pana i Krzysztofa Wielickiego z tymi przygotowanymi ciastami, do historii i kanonu przeszedł dialog szczytowy nagrany przez radio. Tam właśnie padają te słowa: "Gdyby to nie był Everest, to chyba byśmy nie weszli". Pana słowa.

Tak, tak.

Jak je rozumieć? Po trudach organizacji wyprawy i w poczuciu, że wykonanie tej pracy po raz drugi w krótkim czasie będzie bardzo trudne, a poza tym było również "zagrożenie", że za rok, dwa może jacyś inni wspinacze również podejmą taką próbę, biorąc pod uwagę to wszystko - mieliście w głowie, że trzeba to zrobić teraz?

Myślę, że dwa elementy się na to składają. Po pierwsze wiedzieliśmy, że my jesteśmy już ostatnią dwójką, która ma w ogóle jakiekolwiek szansę nawet nie na wejście, ale na próbę ataku. Po drugie dobraliśmy się sami, bo nasi partnerzy po założeniu obozu czwartego zeszli potem do "dwójki" i do bazy, a my zupełnie niezależnie z Krzysztofem - ja w jednym namiocie, on w drugim - zostaliśmy. Byliśmy przekonani, że to my zaatakujemy Everest i więcej - że my wejdziemy. Przede wszystkim to było takie zobowiązanie w stosunku do kolegów. Wiedzieliśmy ile przez 7 tygodni było o to walki. Pisząc tę książkę, zrobiliśmy dokładne kalendarium, takie dzień po dniu. Proszę mi wierzyć - na 45 dni pobytu 33 dni spędziłem w górze. 

To ogromnie dużo.

Jak na zimę to w ogóle nieprawdopodobnie. My byliśmy bardzo aktywni i to nawet nie wynikało z tego, że tak chcieliśmy chodzić. Wtedy nie było tak świetnych prognoz, gdzie okno pogodowe można było wyznaczyć tak, że jutro o godzinie 17 się zacznie, a za trzy dni o godzinie 8:30 się skończy.

Każdy chciał być u góry, żeby ewentualnie wykorzystać chwile słońca...

W każdy słoneczny dzień i bez silnego wiatru ruszaliśmy grupą do góry. Stąd tyle tych wyjść i tyle pobytu w górach. Po drugie to wiedzieliśmy, mieliśmy poczucie - naprawdę, to jeszcze chyba przed wyjazdem - takiej historyczności chwili. Wiedzieliśmy, że jedziemy nie tylko na pierwszą zimową wyprawę na Everest, ale to była w ogóle pierwsza wyprawa zimowa w Himalaje, działająca w oficjalnym terminie, z oficjalnym zezwoleniem. Jak wieczorem powiedzieliśmy więc, że będziemy atakować, że idziemy, to czuliśmy taką niesamowitą emocję w bazie, taką po prostu pozytywną energię, która nas podpiera. W grudniu tego roku będzie 50 lat mojego wspinania. Moim pierwszym szczytem zresztą w grudniu, a więc zimą, był tatrzański Mnich. Powiem szczerze, że uczestniczyłem w kilkudziesięciu wyprawach i bardziej grupowej atmosfery, takiego teamu, który się stworzył, to na żadnej wyprawie już nie było. Trzeba było wejść na ten Everest. Z drugiej strony to oczywiście były warunki, które były bardzo trudne. Jednak to było bardzo duże zimno, bardzo silny wiatr, w takich zaklęśnięciach był z kolei dosyć głęboki śnieg... Tlen nam się kończył. Z całą świadomością wzięliśmy po jednej butli z tlenem, a nie po dwie, bo każda butla to jest trochę niby łatwiej, ale waży 7 kilogramów. Wiedzieliśmy, że na szczycie się skończy tlen, ale wszystko nas pchało do góry. Po prostu te emocje i ta pozytywna energia, która emanowała z całego zespołu. Wiedzieliśmy, że jak wejdziemy, to będzie to niesamowita frajda nie tylko dla nas, ale dla wszystkich i w bazie, i w Polsce.

Wspomniał pan o swojej wcześniejszej historii wspinania. To były Tatry, Alpy, później zdobycie dziewiczego Shispare (7611 m; w 1974 roku - przyp. red.), Gaszerbruma II... Udział w tej wyprawie na Everest był taką naturalną koleją rzeczy. Z drugiej strony miał pan wtedy, jeśli dobrze liczę...

28 lat...

...28 lat, a rocznikowo 29...

Urodziny w listopadzie, więc 28 i 4 miesiące...

...a Krzysztof Wielicki...

...2 lata starszy, niecałe.

Niedawno obchodził 70. urodziny.

Tak.

Panowie jechali na tę wyprawę z jednej strony już z dużym doświadczeniem, ale z drugiej jednak w całym tym składzie trochę jako takie młode wilki.

Ja byłem - licząc pod względem wieku - trzeci od dołu. Chyba był o rok młodszy Alek Lwow i chyba Marian Piekutowski. Ja byłem trzeci, ale wbrew pozorom byłem jednym z najbardziej doświadczonych, bo - mając 28 lat - to była moja piąta wyprawa w Himalaje. A więc: Shispare - 1974 rok; Gaszerbrum II - 1975; 1976 - nowa droga na K2 i 1978 - Makalu. Miałem chyba najwięcej wypraw ze wszystkich uczestników, ale to taki syndrom czasów. Trzeba przypomnieć, że pierwsza polska wyprawa w Himalaje to był 1939 rok. Dwóch żyjących uczestników po tej wyprawie nie zdążyło wrócić do Polski, bo wybuchła wojna. Kolejna wyprawa w Himalaje, nie liczę Hindukuszu, odbyła się dopiero w 1971 roku i tak naprawdę na początku lat 70. w Himalajach i Karakorum spotkały się równocześnie trzy pokolenia. To taternicy, którzy zaczęli jeszcze przed wojną; ci, którzy wykorzystali ten krótki okres i wyjechali kilka razy w Alpy w latach 1945-1949 oraz ci, którzy zaczęli się wspinać - tak, jak ja - w grudniu 1970 roku. W związku z tym to - po pierwsze - tworzyło konkurencję, a po drugie przekazywanie sobie takich doświadczeń. My młodzi, aktywni, poznający lepszy sprzęt, dochodzący szybciej, trochę inaczej i innym stylem, trenujący oraz ci nieco starsi, z większym doświadczeniem. Oni jeździli trochę w góry, choćby w Hindukusz, bo od początku lat 60. można było przez tych 10 lat jeszcze w Hindukusz jechać do Afganistanu. To eksplodowało wspaniałymi wynikami. Przydomek "lodowi wojownicy" dla Polaków nie wziął się przypadkiem i to był kolejny etap. Ja przypomnę - jak mogliśmy już jeździć w Himalaje, to początkowo celem było zdobywanie najwyższych szczytów, które jeszcze nie zostały zdobyte. Stąd Shispare i te tak zwane wysokie siedmiotysięczniki. Potem kolejne hasło, które rzucił krakowianin Wojtek Kurtyka - przynajmniej jedna nowa droga, polska na każdym ośmiotysięczniku. Zrealizowane. No i trzecie hasło, zainicjowane przez Andrzeja Zawadę - jeździmy i próbujemy zdobywać Himalaje zimą.

Czyli pan to, że razem z Krzysztofem Wielickim znaleźliście się na szczycie rozpatruje nie w kategorii szczęścia, tylko takiej naturalnej kolei rzeczy.

Na tej wyprawie może było trochę inaczej niż na innych, bo ta wyprawa była trudna, długa i tak naprawdę wszyscy mieliśmy świadomość, że każdy zrobił tyle, ile mógł i doszedł do tego miejsca, dokąd był w stanie lub miał szczęście w związku z pogodą. My nie chodziliśmy razem wcześniej z Krzysztofem. Znaliśmy się oczywiście z Tatr, ale ten nasz zespół ukształtował się tak naprawdę 12 czy 13 lutego rano, kiedy okazało się, że w sąsiednich namiotach w obozie drugim postanowiliśmy zostać i pójść do góry. Rano się okazało, że Krzysztofowi ja zostałem, a dla mnie Krzysztof został, a w takim razie tworzymy zespół i idziemy do góry.

Jedną z ważnych postaci tej wyprawy był Bogdan Jankowski. W książce opowiada pan historię, że w poszczególne dni osoby, które pracując były w najwyższych obozach, w nagrodę mogły sobie zamówić piosenkę z bazy dzięki fantastycznej łączności radiowej, za którą odpowiadał pan Bogdan.

Tak, to był taki już od lat pielęgnowany zwyczaj. To nie wymagało specjalnej łączności, to były radiotelefony, czyli łączność lokalna. Był taki zwyczaj ukształtowany już chyba od pierwszej wyprawy powojennej w Himalaje w 1971 roku. Wszystkie osoby na nasłuchu, a ten zespół, który był w najwyższym obozie, o określonej godzinie, a z reguły to była godzina 16 czy 17, wybierał co najwyżej jedną piosenkę. Muszę przyznać, że Bogdan był zawsze zwolennikiem takiej muzyki jak ballady, jakieś romanse rosyjskie, a młodzi raczej Donna Summer, więc jak ballady, to z przyjemnością Bogdan nadawał: "A teraz puszczamy Bułata Okudżawę", a jak młodszy wspinacz coś zamawiał, to mówił: "A teraz z przykrością puszczam wam dupu-dupu" i szła Donna Summer. 

A pamięta pan co Wam zagrał, kiedy przyszła ta noc na Przełęczy Południowej przed atakiem szczytowym, czy to już się rozmyło?

Powiem szczerze, że nie pamiętam. Natomiast z tymi piosenkami w bazie wiąże się piękna anegdotka. Myślę, że warto ją powiedzieć. Mieliśmy dwa radiomagnetofony Kasprzak na licencji Grundiga. Jeden był używany do nagrywania rozmów na zwykłych kasetach, jeszcze tych plastikowych, a drugi tak krążył po namiotach. Kto był, to sobie go zabierał. Wtedy naszą ulubioną była oczywiście kaseta Urszuli Sipińskiej. Jeżeli był akurat bezwietrzny dzień i słońce świeciło, to wtedy nawet w środku w namiocie było plus parę stopni, a więc my leżąc w śpiworach, magnetofon na śpiworze, Sipińska śpiewa... Ale o godzinie 14 z minutami słońce zachodziło za grań i dosłownie z minuty na minutę z tego plus 5 robiło się minus 10, minus 15 i oczywiście Sipińska śpiewała coraz wolniej, bo smary zamarzały. I wtedy padało hasło: "Weź Sipińską do śpiwora". Wkładało się radiomagnetofon do śpiwora, nastawiało nieco głośniej i Sipińska znowu śpiewała.

Ten atak szczytowy na Evereście musiał być czymś niesamowitym, jeśli chodzi o odkrywanie. To był teren nieznany zimą, znany latem. Pan często tak to porównuje - czuliście się panowie jak podczas lądowania człowieka na Księżycu? To było podobne wydarzenie historyczne. Oczywiście trochę w innej skali, ale było to coś zupełnie nowego, odkrywczego.

Powiem szczerze, że my byliśmy z Krzysztofem może nie do końca przygotowani, bo wydawało nam się, że rzecz będzie oczywista, czyli że wchodzimy na przełęcz, tam jest ten namiot, ostatni obóz i stamtąd idziemy granią na szczyt. Tak, jak widać na stronie 283 w książce, okazuje się, że jednak nasze doświadczenie tatrzańskie chyba nawet tu się bardzo przydało. My nie sugerowaliśmy się opisem drogi, tylko kierowaliśmy się swoim doświadczeniem. Proszę zauważyć, że nawet jest zaznaczona droga od przełęczy. My do góry wybieramy lewy kuluar, prawdopodobnie nie ten, co inni i na górze nie wchodzimy, nie skręcamy w prawo na ostrze grani, tylko idziemy takim obniżeniem, dalszym ciągiem tego kuluaru. Może tam było trochę więcej śniegu, ale ten odcinek był w miarę spokojny, czyli my wychodzimy na grań dużo wyżej, 200 metrów w pionie wyżej i to się okazało szczęśliwe, bo na grani oczywiście znacznie mocniej odczuwaliśmy wiatr. Ten odcinek, gdzie byliśmy w tych najtrudniejszych warunkach, przez to okazał się mniejszy. Z kolei schodząc, wybraliśmy znowu intuicyjnie dłuższe zejście granią, bo wiatr wiał wtedy w plecy i można było ten odcinek pokonać też dosyć łatwo. Naszych 9 lat wspinania w Tatrach i Alpach zdecydowanie nam pomogło.

To był rok 1980. Teraz - po takim sukcesie - wyobrażam sobie, że byłoby tysiąc wywiadów dla mediów w Polsce i na całym świecie, masa sponsorów, spływające pieniądze, ale wtedy to był powrót do szarej rzeczywistości.

Tak, ja przypomnę, że my wróciliśmy dokładnie 7 marca w 1980 roku. Półki były już takie, że jeszcze ocet był, ale innych rzeczy przeważnie nie było. W lipcu i w sierpniu wybuchła Solidarność. To były bardzo trudne czasy.

Była codzienna łączność radiowa z Polską i to była pierwsza wyprawa, w której na bieżąco przekazywano co tego danego dnia zrobili Polacy pod Everestem, jakie są plany na jutro. Do tego to przesunięcie czasu - 3 godziny i 45 minut - powodowało, że w popołudniówkach można było przeczytać co tego dnia zrobili Polacy na Evereście. Takie wiadomości ukazywały się na bieżąco w Warszawie w "Expressie Wieczornym" i "Kurierze Polskim", a w Krakowie w "Echo Krakowa". Obecnie popołudniówek już nie ma. Wtedy stopniowo dowiadywaliśmy się od Bogdana poprzez łączność, a potem po przyjeździe do Polski był szok, że wszyscy wiedzą o tej wyprawie praktycznie wszystko. Oczywiście nie można mierzyć naszej popularności, bo mamy film, ale nie był on przecież na bieżąco puszczany, nie było transmisji przez internet, bo internetu nie było... Pan mówi media. Jedno radio było, jedna telewizja, choć już z dwoma programami. Ja ciągle przypominam, że to było 40 lat temu. Zupełnie inna rzeczywistość, ale któregoś dnia jadę tramwajem i jakaś, wtedy mi się tak wydawało, starsza pani, tak pewnie około czterdziestki, w tramwaju podeszła do mnie, chwyciła za guzik i powiedziała: "Panie Leszku, czy mogę chociaż pana za guzik potrzymać?". Muszę powiedzieć, że do dziś pamiętam to jako jeden z największych dowodów uznania zupełnie przecież nieznanej osoby. Wtedy mieliśmy świadomość, że naprawdę zrobiliśmy coś, co przejdzie do historii i przeszło.

Pan wtedy, po powrocie, nie rzucił się w wir wyprawowo-górski. Rodzina i praca zawsze były na wysokim miejscu.

Tak, ja pracowałem na uczelni jako wykładowca, więc jakoś nie widziałem powodów, żeby przejść na zawodowstwo. Oczywiście jeździłem na kolejne wyprawy. To była kolejna wyprawa razem z Krzysztofem w 1982 roku na K2 na nową drogę; potem na jeden z wierzchołków Kanczendzongi - nowa droga na Yalung Kang; potem pierwsza zimowa wyprawa na K2 zimą 1987/1988, też pod kierunkiem Andrzeja Zawady. Natomiast ja starałem się jeździć co drugi rok na taką dużą wyprawę, jak gdyby balansując, utrzymując taką równowagę między pracą, rodziną i domem. Po zmianie systemu na kilka lat przestałem się w zasadzie wspinać i jeździć. Zacząłem pracować w banku, zostałem wiceprezesem banku, ale po paru latach góry się upomniały i jak tylko okazało się to ze względów finansowych możliwe, to udało mi się dokończyć program Korona Ziemi - fascynujący, bardzo droga impreza, ale bank, w którym pracowałem, pomógł mi w realizacji tego mojego celu czy marzenia. Teraz jak z Krzysztofem nas widzą razem to ja Krzysztofa przedstawiam: "drugi Polak z Koroną Himalajów i Karakorum", a on mnie: "pierwszy Polak z Koroną Ziemi".

Z uwagą śledzi pan też to, co dzieje się na K2 - również po własnych wyprawach na tę górę. Chodzi mi oczywiście o próbę pierwszego zimowego zdobycia K2. Pan liczy, wierzy, myśli, że to możliwe, by podobnie jak 40 lat temu na Evereście, teraz też na szczyt weszły osoby z polskiej wyprawy nietypowane od początku i z nazwiskami, których teraz może byśmy sobie nie wyobrazili?

Ja myślę, że tak się zdarzy. Oczywiście, w tym roku jest Denis (Urubko - przyp. red.) i zobaczymy. Na bieżąco obserwuję pogodę na K2. Nawet dzisiaj oglądałem to rano (rozmowę przeprowadzono w połowie stycznia; Denis Urubko w międzyczasie zrezygnował z planu tegorocznej próby zdobycia zimą K2 i skupił się na wspinaczce na Broad Peak - przyp. red.) i temperatura na wierzchołku to było minus 53 stopnie, ale odczuwalna - minus 81 stopni przy wietrze 90 km/h. Chyba to nie przypadek, że Everest - mimo że najwyższy - był pierwszy, bo to cel Zawady, a K2 zostanie czternastym zdobytym zimą ośmiotysięcznikiem. Ja wierzę, że Polacy w przyszłym roku jak pojadą, to jeżeli będzie wytypowany rzeczywiście zespół, czyli nie dwóch, jeden czy trzech wspinaczy, którzy będą na wierzchołku, tylko będzie zespół, tak jak to wtedy było, to i motywacje, i - powiedziałbym - ambicje się rozłożą na znacznie więcej osób i nie powinno być z góry wiadomo kto osiągnie wierzchołek.

Czekamy na to domknięcie zimowego podboju ośmiotysięczników.

To ciągle jeszcze fascynująca historia przed nami.