"Starałam się nie myśleć o tym, czego nie mam. Przecież jak nie mam owoców, to i tak ich nie będę miała, bo na oceanie nie ma drzew, tam nic nie wyrośnie. Do sklepu nie skoczę, bo tam nie ma sklepów. Po co o tym myśleć, skoro i tak nic nie mogę na to poradzić? Myślałam o dobrych rzeczach. To było 216 świetnych dni. Już nie pamiętam o sztormach, nie pamiętam o falach. Było super" - przyznaje w rozmowie z RMF FM Joanna Pajkowska, Polka, która samotnie opłynęła świat wokół trzech przylądków, nie zawijając do portów. W podróży wyruszyła we wrześniu, do Polski wróciła kilkanaście dni temu.

Michał Dobrołowicz, RMF FM: Po 216 dniach samotnej podróży, pamięta się szczególnie jakiś dzień, tydzień, konkretny miesiąc?

Joanna Pajkowska: To zakończyło się niedawno i ja ciągle to przeżywam. Nawet momentami nie wierzę, że udało mi się tego dokonać. Pamiętam same dobre rzeczy. Zapomniałam o sztormach, wielkich falach... Pozostała satysfakcja, że udało się tego dokonać. 

Kiedy powstał pomysł, aby wybrać się w taki rejs?

Marzyłam o tym od dawna. To było marzenie życia. Małymi krokami udało się to osiągnąć. To nie był pomysł z wczoraj. To było wyzwanie, które wymagało czasu, aby to zrealizować.

Jak długo trwały przygotowania?

Pierwsza sprawa była taka, że nie mam łódki. Łódka musi być szczególna, mocna. Pożyczyłam łódkę od znajomego niemieckiego żeglarza, miałam dużo szczęścia. Samo przygotowanie do płynięcia nie zajęło dużo czasu. Pływam od dawna, świetnie się czuję i jestem tam w swoim żywiole.

Czego najbardziej brakuje w trakcie takiej podróży?

Pewnie czegoś brakuje. Staram się o tym nie myśleć. Jak nie mam owoców, to i tak ich nie będę miała, bo tam, na oceanie nie ma drzew, tam nic nie wyrośnie. Do sklepu nie skoczę, bo tam nie ma sklepów. Zakładam sobie rejs non stop, bez zawijania do portów. Po co o tym myśleć, skoro i tak nic nie mogę na to poradzić? Myślę o dobrych rzeczach, które mam i nimi się cieszę. Nie myślałam o tym, czego brakowało, bo tego było mnóstwo.

Co je się w czasie tego typu rejsów? Jak wygląda menu?

To nie jest zbyt ciekawe jedzenie, powiem wprost. Można porównać to do tego, co alpiniści biorą w góry, bo jest to łatwe do przygotowania. Trudno mi zazdrościć tego, co jadłam. Były to potrawy, których w domu nie jadłabym.

Co było na śniadanie?

Płatki owsiane z suszonymi owocami, codziennie, przez siedem miesięcy. 

Jak wychodzi się z łódki, po takich siedmiu miesiącach, to o czym myśli się?

Byłam oszołomiona ludźmi. Przez siedem miesięcy nie mówiłam, nie miałam ludzi dookoła siebie, pierwszy moment przeskoczenia do świata, do ludzi, był bardzo trudny.

Mówiła pani w czasie rejsu do siebie?

Zdarzało się. Do siebie, do łódki...

Był jakikolwiek kontakt telefoniczny, mailowy?

Miałam kontakt elektroniczny, mogłam wysyłać i odbierać e-maile. Było to jednak bez rozmów telefonicznych, przez siedem miesięcy. Wiedziałam, że bliscy niepokoją się, więc kontakt e-mailowy był bardziej dla nich, niż dla mnie. Ja byłam w swoim żywiole, świetnie bawiłam się.

Gdyby ten rejs mógł trwać nie siedem, tylko osiem, dziewięć, a może dwanaście miesięcy, zgodziłaby się pani na to?

Zawsze staram się płynąć jak najszybciej, natomiast to jest kawał drogi. Łódka jest nieregatowa. Nie nastawiałam się na liczbę miesięcy, ale starałam się, żeby było szybko. Jestem zadowolona ze swojego czasu - 216 dni.

Planuje pani powtórkę albo coś podobnego?

Na razie wciągam się w życie z powrotem, a to nie takie proste. Najtrudniejsze jest mówienie, bo przez siedem miesięcy nie mówiłam. Teraz boli mnie gardło, choć jest to miłe, wszyscy pytają, dopytują. Ale tracę głos.

Co było najfajniejsze w czasie tego rejsu?

To było 216 świetnych dni. Już nie pamiętam o sztormach, nie pamiętam o falach. Było super.

To było 216 podobnych dni czy każdy był inny?

Każdy był inny. Inaczej wiał wiatr, czasami zdarzał się sztorm... Każdy z tych 216 dni zapamiętałam inaczej.

Gdyby ktoś chciał spróbować, powtórzyć, to co doradziłaby pani takiej osobie?

Jeśli to jest czyjeś marzenie, to po prostu trzeba wsiadać i płynąć. Po prostu.