​Kierowca ciężarówki w Rosji przejechał 800 kilometrów, by uratować umierającego kociaka. "Płynęły mu łzy" - wspomina dzisiaj Aleksander.

Aleksander Ermolajew jechał ciężarówką, gdy w pobliżu wsi Jazykowo zauważył "coś mokrego i puszystego". Tego dnia bardzo padało. Zjechał na pobocze drogi i zauważył małego kotka.

Moje serce krwawiło. Pobiegłem po niego, nie wiedziałem nawet, czy żyje. Zacząłem go głaskać, otworzył oczy i popłynęły mu łzy - wspomina Ermolajew w rozmowie z E1.ru.

Kot miał poważne obrażenia tylnych łap, prawdopodobnie uderzyło go auto. Rosjanin wziął więc zwierzę do kabiny, położył na siedzeniu i zadzwonił do żony, by znalazła w internecie najbliższą klinikę weterynaryjną. Okazało się, że weterynarz jest w Jazykowie.

Nie mieli jednak potrzebnego sprzętu, zasugerowali, że uśpią kota. Oczywiście się na to nie zgodziłem, był przytomny, nie było widać krwawienia. Jasne, że miał całkowicie złamaną łapę, zdartą skórę. Żona znalazła więc Centrum Rehabilitacji Zwierząt w Jekaterynburgu. Zadzwoniłem do nich. Powiedzieli: jeśli przeżyje, to przynieść go, pomyślimy, co zrobić - mówi Ermolajew.

Mężczyzna miał do Jekaterynburga 800 kilometrów. Kupił w Jacykowie środek znieczulający, kota włożył do pudełka i ruszył w drogę. Jechał bez przerwy, przez 17 godzin.

W centrum okazało się, że obrażenia są poważne. Łapkę trzeba było amputować. Ale zwierzę odżyło.

Przyzwyczai się do życia bez tylnej łapy, będzie biegał na trzech. Wszystko się zagoi, usuniemy szwy, wykastrujemy go. Ten kot ma niesamowite szczęście - mówi weterynarz Jelizawieta Skorynina.

Kociak otrzymał imię "Lipton". Teraz trafi do Ermolajewa, albo do jego rodziny. Moja żona i ja mamy już kota, jeśli się dogadają, to zostanie z nami. Jeśli nie, to Lipton trafi do rodziców - mówi.

Autor: