Rozpoczęty właśnie rok nie będzie czasem zauważalnego przełomu w polskich wynagrodzeniach. Większość pracowników nie dostanie podwyżki, chyba że nieznaczną, wynikającą z podniesienia płacy minimalnej. Ale coraz więcej ekonomistów, polityków i pracodawców podpisuje się pod poglądem, który jeszcze niedawno uznawany był za herezję: płace w Polsce muszą wzrosnąć, inaczej nie będzie chętnych do pracy.

W tym roku płaca minimalna rośnie do 1750 złotych brutto. Wraz z nią wzrastają stawki odszkodowań oraz dodatkowego wynagrodzenia za pracę w nocy. Prognozowane tempo wzrostu średniej płacy tym roku to prawie 4 procent. Podobnie jak w roku minionym, taki wzrost średniej płacy nominalnej oznaczać będzie podobne zwiększenie płacy realnej, bo inflacja w 2015 roku ma być również nieznaczna.

Przeciętne wynagrodzenie brutto według GUS to już 4 000 złotych. Jednak kryteria decydujące o doborze danych oraz metoda wyliczeń przyjęta przez Główny Urząd Statystyczny sprawiają że w rzeczywistości większość pracowników zarabia  znacznie mniej. Oznacza to, że pensje w Polsce dają pracownikom dwa, trzy razy mniejszą siłę nabywczą niż zatrudnionym w krajach Europy Zachodniej i to nawet po uwzględnieniu faktu, że w naszym kraju większa część wynagrodzeń wypłacana jest przez pracodawców nielegalnie, pod stołem.

Politycy i pracodawcy wskazują, że w ostatnich latach następował w Polsce znacznie szybszy wzrost płac niż na Zachodzie. Tłumaczą przy tym, że ten wzrost nie może być jeszcze szybszy, bo dla zachowania konkurencyjności gospodarki i uniknięcia losu Grecji czy Portugalii, wynagrodzenia nie mogą rosnąć szybciej niż wydajność pracy.

„Płace muszą wzrosnąć. Oczywiście chcemy utrzymywać konkurencyjność polskiej gospodarki. Powinna ona wynikać jednak z jakości pracy i naszych produktów, z innowacyjności przedsiębiorców”- mówi w rozmowie z „Faktem” minister pracy, Władysław Kosiniak-Kamysz. „Nie możemy w nieskończoność opierać... czytaj więcej

Z drugiej strony, dane statystyczne wskazują, że wydajność w Polsce rośnie szybciej niż pensje, a niska baza, czyli opóźniony punkt startowy, sprawia że przy obecnym tempie wzrostu, nasze płace zrównają się z zachodnimi za kilkadziesiąt lat. Taka perspektywa czasowa zniechęca setki tysięcy młodych Polaków do czekania i skłania ich do emigracji.

Mimo że niedługo minie dziesięć lat od czasu sławnej wyborczej obietnicy o wracających Polakach, kierunek wyjazdów pozostaje ten sam; na zachód. Wśród ponad dwóch milionów nowych, unijnych emigrantów, znaczna część nie planuje powrotu do Polski, korzystając nie tylko z wyższych płac, ale też wyższej kultury pracy, dostępu do hojniejszych świadczeń społecznych, w tym rodzinnych, lepszej edukacji i atrakcyjniejszych możliwości spędzania wolnego czasu. Tymczasem nadciągający niż demograficzny sprawi, że już za kilka lat w Polsce może zacząć brakować pracowników.

Zanim do tego dojdzie, pensje w Polsce powinny zacząć rosnąć. Politycy opozycji wspominali o tym już kilka lat temu, co spotkało się wówczas z ostrą krytyką ze strony rządzących oraz wiodących mediów. Obecnie o potrzebie podnoszenia płac mówi minister pracy Władysław Kosiniak-Kamysz, co spotyka się z częściowym wsparciem organizacji pracodawców. Na razie mowa jest m.in. o regionalnym zróżnicowaniu płacy minimalnej.