"Ten pomysł wyszedł w ramach jakiejś zabawy, nie było żadnego planowania. Było pytanie: Uciekamy na Zachód? I tydzień później byliśmy na tym Zachodzie" - mówi w rozmowie z Konradem Piaseckim Krzysztof Zieliński, który w 1985 roku uciekł z bratem do Szwecji ukryty pod tirem. Historia ich podróży stała się podstawą scenariusza filmu "300 mil do nieba".

Posłuchaj rozmowy Konrada Piaseckiego z Krzysztofem Zielińskim

Konrad Piasecki: To była przygoda czy polityka?

Krzysztof Zieliński: Ja odpowiem za siebie. Dla mnie to była przygoda. Moje polityczne poglądy były takie wyciągnięte z rzeczywistości polskiej w 1985 roku, że było szaro, nic nie było w sklepach. Wiedziało się, że komunizm to jest coś złego, a Zachód - coś dobrego. Brat już chodził do liceum, tak że on już był bardziej ukształtowany politycznie, bo tam było wychowanie obywatelskie, gdzie już propaganda była, że Związek Radziecki to nasz przyjaciel. On bardziej był już politycznie uwarunkowany.

Ale to było tak, że ta rzeczywistość Polski lat 80. na tyle mocno wam dopiekała, że postanowiliście przeżyć coś innego i zobaczyć inny, kolorowy i piękny świat?

Ja powiem tak: my sami nie wierzyliśmy do końca. Ten pomysł wyszedł, nie było żadnego planowania. To było pytanie: uciekamy na Zachód? Tydzień później byliśmy na tym Zachodzie. Wszystko postępowało szybko, nie mieliśmy żadnego wyobrażenia o jakimkolwiek Zachodzie tylko, że coś, że to jest coś lepszego niż polska rzeczywistość. Ale to nie wywodziło się z jakiejś tam konieczności, że my musimy gdzieś uciec. Byliśmy normalną rodziną, normalne, szczęśliwe dzieciństwo mieliśmy. Gdybyśmy nie uciekli, to równie dobrze bym się dobrze wychował tutaj w Polsce. Nieraz człowiek podejmuje mniej lub bardziej rozsądne decyzje w życiu i na tym to polega trochę.

Ale w tym była tęsknota za Zachodem, czy w tym była tęsknota za przygodą?

Mija 31 lat od 13 grudnia 1981 roku. Jeden ze świadków gdańskich wydarzeń z początku stanu wojennego opowiedział reporterowi RMF FM o swoich wspomnieniach. Mieszka w bloku stojącym tuż przy historycznej bramie gdańskiej stoczni. Mówi m.in. o tym, co widział 16 grudnia, gdy po jednej stronie bramy... czytaj więcej


Ja powiem, że dla mnie to była tęsknota za przygodą. Ja zawsze byłem przygodowy, do dziś jestem przygodową osobą, lubię jak coś się dzieje, a szczególnie - jeśli mogę się wrzucić w całkowicie nieznane rejony, gdzie jest ciemno i trzeba coś wykombinować. Taka twórcza rzecz. Jakoś nam się udało z tego pomysłu wyjść.

A była jakaś inspiracja, książka, film, coś, co wam podsunęło pomysł na ucieczkę? Jednak dla trzynasto- i piętnastolatka w Polsce to nie jest standardowy pomysł, żeby uciec do Szwecji tirem, promem.

Ja bym powiedział, że może nie inspiracja z książek czy filmów, ale może rzeczywistość polska, bo nie było zabawek, nie było takich możliwości, żeby siedzieć przed komputerem, grać w jakieś gry. Człowiek musiał sobie samemu tworzyć własne zabawy. To też było w ramach jakiejś zabawy. Taki pomysł wyszedł: uciekamy na Zachód. To się wydawało coś bardzo podniecającego i to się nam udało. Ale też mogły być tragiczne skutki oczywiście.

Podniecenie podszyte strachem, czy raczej takie niefrasobliwe przekonanie, że jakoś się uda, a jak się nie uda to trudno, wrócimy do domu i będziemy bohaterami szkoły?

Powiedzmy, że to bardziej taka ułańska fantazja. Nie wiedzieliśmy, w co się pakujemy. Wiadomo było, że to jest represyjny kraj, ale nie odczuliśmy tego na własnych plecach. Byliśmy dziećmi. Jeszcze człowiek nie wchodził w te konszachty, powiedzmy, jak gdybyśmy byli z jakiejś "Solidarności" i tak dalej, że człowiek był internowany. A strach dopiero przychodził w pewnych momentach ucieczki, jak już było naprawdę "na ostro".

A były takie momenty, kiedy było "na ostro"?

Były. Tak, ten moment był właśnie przy przejściu granicznym, gdzie był ten kanał i jakoś się musiało udać, żeby przejechać przez granicę pod tym tirem.

To prawda, że w WOP-ista, czyli żołnierz dzisiejszej straży granicznej zauważył was i odpuścił, nie zatrzymał was?

Zauważył nas, ale oczywiście, to nie było tak, że odpuścił, tylko zamiast dać nas na jakąś policję i sprawdzić dokładnie dokumenty, to nas wsadzić w pociąg. To był osobowy, wysiedliśmy na następnej stacji i później już modliliśmy się, żeby nie spotkać go po raz drugi. To było takie szczęście, można powiedzieć.

"Gdyby nas złapali, nie byłoby wesoło"


W jaki sposób wybraliście tira, pod którym przejechaliście granicę? Co was inspirowało? Czy mieliście pewność, że on jedzie do Szwecji, czy tej pewności tak naprawdę nie mieliście?

Tiry stały, w ciągu dnia chodziliśmy po Świnoujściu, oglądaliśmy jak odprawa wygląda. Tak co dwie godziny suka policyjna się zmieniała, psy były też. Akurat pies zachorował w ten dzień, także mieliśmy ogromnie szczęście. Stały te tiry na parkingu, także wybraliśmy takie z jak najniższym podwoziem naczepy. I to był polski tir, bo wiedzieliśmy po rejestracji. On miał najniższe koła. Nie mieliśmy pewności, że on wjedzie na ten prom, równie dobrze on mógł stać na tym parkingu i pojechać do Polski. To było takie kalkulowane ryzyko, można powiedzieć.

Groziło wam coś? Ma pan dzisiaj takie poczucie, że to było potężne zagrożenie?

Z tego co ja wiem dziś, to oczywiście, jakby nas złapali, to nie byłoby tak wesoło po prostu. Ani dla naszych rodziców, ani dla nas.

Uczepiliście się, czy wsiedliście na tego tira, znaleźliście tam sobie  i co było dalej? Jak to dalej wyglądało, w jaki sposób uświadomiliście sobie, że już jesteście zupełnie gdzie indziej?

Nie uczepiliśmy się żadnego tira, tylko leżeliśmy na osiach kół, na naczepie. Nie było tak, jak filmie, że jakaś półeczka była, że było wygodnie. Jedna oś była na piersiach, druga na brzuchu, trzecia na nogach. A głowy trzeba było w jakiś sposób utrzymać. Były takie rurki od sprężarek i tam głowę można było położyć. To było okropnie niewygodne. Jak wyszliśmy spod tego tira, to bolesne było przez dwa dni, bo tam leżeliśmy jakieś 26 godzin. Jak już zjechaliśmy, przejechaliśmy przez te...

Ale czuliście wszystko, wiedzieliście, że wy wjeżdżacie na prom, że ten prom się zamyka, że płyniecie po morzu...

Tak, tak. Najpierw była ta kontrola celna, gdzie wjechaliśmy na kanał. To było tak jak w filmie, że pan dwa razy przeszedł i świecił latarką, bo szukali kontrabandy, papierosów i świecił mi po oczach. Do dziś zastanawiam się dlaczego on nas nie wyciągnął. Wydaje mi się, że nie spodziewał się psychicznie, że coś tam będzie, może myślał o czymś innym... A później już wiedzieliśmy, że jedziemy przez jakieś tam tory kolejowe i zielony podkład. Jak jedziemy w górkę, to wiedzieliśmy, że wjeżdżamy na jakiś statek, ale to też nie wiedzieliśmy, czy to był prom akuratnie do Szwecji, równie dobrze mógł sobie pojechać do DDRN i wtedy by nie było też wesoło.

"Nie wiedzieliśmy, jak wygląda Zachód"


Prom przybił do brzegu, stanął i co dalej?

Nie wiedzieliśmy, jak ten Zachód wygląda. Też myśleliśmy, że będzie policja, będą psy i tak dalej. Po stronie szwedzkiej nie było żadnych kanałów, ten tir zjechał, to była sobota, godzina 11 w nocy - jak wyszliśmy spod tej naczepy to był taki duży zegar. Dokładnie pamiętam godzinę i też szczęście, że tir nie pojechał od razu w trasę, bo byśmy zamarzli na śmierć, tylko odczepił naczepę. Wyszliśmy i patrzymy się, gdzie jest ta policja, gdzie jest wojsko, a tu puściutko, nikogo po prostu. Przebiegliśmy przez wiadukt, jakieś tam lasy i idziemy gdzieś, nie wiedzieliśmy dokładnie, gdzie. Nie wiedzieliśmy, czy jesteśmy na Zachodzie, czy gdziekolwiek.

Ale w ogóle mieliście świadomość, że to Szwecja, czy to mógł być każdy inny kraj?

To mógł być każdy inny kraj lub nawet inne miasto polskie, bo równie dobrze tir mógł sobie pojechać do Pucka. Szliśmy w jakimś tam kierunku przez lasy. Dopiero, jak zobaczyliśmy piękne auta i oświetlone wille, to wiedzieliśmy, że to jest Zachód i się nam udało, w jakiejś mierze. Ale dokładnie jeszcze nie wiedzieliśmy, jaki to kraj.

I co? Poszliście na policję?

Nie. Chodziliśmy po mieście po Ystad i oglądaliśmy przeszklone wystawy, zabawki, kolory, cukierki, to, czego nie było w 1985 roku. Po dwóch godzinach już byliśmy zmęczeni, bo nie jedliśmy, nie piliśmy nic przez całą tę ucieczkę. Przejechał samochód cywilny, wycofał się i wyszedł z niego barczysty, szwedzki policjant. Coś tam zaczął szwargotać do nas. Mój brat słabo umiał po angielsku i nie mieliśmy porozumienia, także zapakowali nas i zawieźli na policję. Pamiętam, że był też ogromny puchacz, który złamał sobie skrzydło i my byliśmy bardziej nim zafascynowani. Policja się zebrała, zadzwonili po tłumacza i poprosiliśmy o azyl polityczny.

Jak to się stało, że wy, dzieci w końcu, zostaliście w Szwecji? Tak naprawdę naturalną koleją losu powinno być to, że was Szwecja oddałaby Polsce i rodzicom.

Urzędnik, który by nas wysłał tym samym tirem, to znaczy promem z powrotem, był chory. To już stało się sprawą urzędową. A jak już sprawa urzędowa, to już musi urząd rozstrzygnąć, nie wolno tam podejmować urzędnikowi decyzji. A skoro tego pana nie było, no to to poszło do urzędu dalej, bo polskie ośrodki solidarnościowe, które były dosyć aktywne w Szwecji, nagłośniły całą sprawę, żeby pokazać, że Polska nie jest jakimś fajnym krajem socjalistycznym mlekiem i miodem płynącym, tylko to jest system represyjny. Skoro już nawet dzieci uciekają, to nie może tam być dobrze. Dwa razy urząd imigracyjny odrzucił naszą sprawę. Później polscy ubecy z całym tam rządem podjęli fatalną decyzję: zawiesili prawa rodzicielskie naszych rodziców tylko nad naszą dwójką. Od razu media szwedzkie nagłośniły tą sprawę i rząd szwedzki podjął decyzję z Olofem Palmem na czele, że możemy zostać w Szwecji.

Jak wam się potoczyło życie?

Bardzo dobrze. Szwecja jest ułożonym krajem, więc następną kolejnością losu była rodzina zastępcza, później, powiedzmy, jak już miałem piętnaście lat, poszedłem na swoje mieszkanie, chodziłem do szkoły, bo zawsze byłem dobrym, pilnym uczniem, wzorowym. Skończyłem szkołę, skończyłem uniwersytet i już zostałem na uniwersytecie jako wykładowca z ekonomii i finansów. A później się przeprowadziłem z powrotem do Polski.

A brat?


Brat tak jak ja. Chodził do szkoły, skończył studia i został szefem zaopatrzenia w takiej dużej szwedzkiej firmie.

Czyli osiągnęliście swoje wielkie szwedzkie szczęście?

Powiedzmy, może nie szwedzkie, ale takie, jakie można było sobie wyobrazić. Ja zawsze byłem za nauką, chciałem być w środowiskach naukowych i czytać dużo książek. To było zawsze dla mnie duże szczęście. Osiągnąłem to, co chciałem i mogłem rozmawiać o różnych poważnych i mniej poważnych tematach.

A jak rodzice zareagowali na to? Bo jednak dla rodzica dwóch synów może to być czymś takim, co nie tylko boli, ale sprawia takie poczucie, że może coś zaniedbałem, albo zaniedbałam.

To by było może pytanie do naszej mamy. Nas było ośmioro w domu: cztery dziewczyny, czterech chłopaków i mama osiwiała po prostu, jak znikliśmy. Przez tydzień nie wiedziała w ogóle, gdzie jesteśmy. Napisaliśmy taką karteczkę, że grozi nam śmiertelne niebezpieczeństwo, ale w ogóle oni nic nie wiedzieli, że my myślimy jakoś uciekać na Zachód w ogóle. Dopiero depesza przyszła ze szwedzkiej ambasady, że jesteśmy w Szwecji. Wtedy dopiero suki ubeckie zaczęły przyjeżdżać pod dom i tak dalej. Ale rodzice byli prości i nie mieszali się nigdy w politykę specjalnie.

"Pokazaliśmy, że można się wyrwać, że jest inna rzeczywistość"



Macie z bratem poczucie, że staliście się trochę symbolami szarej polskiej rzeczywistości lat 80., z której się ucieka jak najdalej do pięknego świata Zachodu?

Raczej nie. To może przez ten film, te "300 mil do nieba" zostało nagłośnione i dlatego to jest taki kotlet, który się odgrzewa corocznie, szczególnie przy 13 grudnia, rozmawia się o tym. Z drugiej strony jak się patrzę, to jest taki symbol, który pokazuje, że była polska rzeczywistość, bo ci młodzi ludzie nie pamiętają, że nie można było pójść do sklepu, czegośkolwiek kupić lub że milicja nie pytała się o jakieś dokumenty, tylko pałowała po prostu, że był bardzo represyjny charakter. To przypomnienie, żeby walczyć o to, co dziś mamy, demokrację i dbać o to, a właśnie nie iść w stronę polityków, którzy chcą jakiejś silnej władzy, jakichś dyktatorów, którzy nas zbawią od czegoś. To jest bardzo groźne.

Zapytam inaczej: czy to, że staliście się symbolem Polski lat 80,  szarej, smutnej Polski, z której się ucieka, uznajecie z bratem za zbieg okoliczności, czy coś jednak w tym jest?

Zbieg okoliczności. Ja nie mogę tego analizować po prostu z własnej perspektywy. Ktoś inny może się o tym wypowiadać. Wpisujemy się w jakiś tak nurt, bo nie tylko my uciekaliśmy. Było tych ucieczek jeszcze od lat powojennych bardzo dużo i ludzie ginęli też. To było takie pokazanie, że jest ten system, ale można się wyrwać, jest jakaś inna rzeczywistość.

Ale inne ucieczki podejmowali zazwyczaj ludzie dorośli. Wy chyba byliście najmłodszymi uciekinierami, którym się udało.

No może z tego powodu to się głośne stało, to było coś specjalnego. Plus ten film. No to zawsze robi jakiś powiedzmy medialne klin, ludzie mają odniesienie do czegoś. Bo gdyby to było tylko takie, że wydarzenie opisywane w jakichś ubeckich kartotekach, no to może nie byłoby tak głośno.

A żałujecie dzisiaj?

Nie. Ja nie żałuję po prostu z takich powodów, że życia nie można odwrócić. Nigdy i nie ma co opisywać  jakichś kontrafaktycznych historii. Chciałbym się nieraz zmienić i na przykład nie palić, czy sobie włożyć coś innego do głowy, ale niestety, życie się toczy do przodu i nie ma czego żałować, tylko trzeba wyciągać wnioski, trzeba się zastanowić nad swoim życiem, co i dlaczego człowiek robił. Dzisiaj mam już dzieci. Chcę przekazać swoim dzieciakom coś mądrego co człowiek przeżył na własnych plecach. Jeśli będą chciały słuchać, oczywiście.