Mija 31 lat od 13 grudnia 1981 roku. Jeden ze świadków gdańskich wydarzeń z początku stanu wojennego opowiedział reporterowi RMF FM o swoich wspomnieniach. Mieszka w bloku stojącym tuż przy historycznej bramie gdańskiej stoczni. Mówi m.in. o tym, co widział 16 grudnia, gdy po jednej stronie bramy czekali strajkujący stoczniowcy, po drugiej wojsko i ZOMO.

Już o poranku 13 grudnia 1981 roku przed stoczniową bramą zaczęli gromadzić się ludzie - zarówno pracownicy gdańskiej stoczni, jak i mieszkańcy Gdańska. W stoczni natomiast utworzył się komitet strajkowy. Strajk miał charakter okupacyjny - uczestnicy nie chcieli wychodzić na ulice miasta, tak jak w tragicznym grudniu roku 1970. Żądano oczywiście zniesienia stanu wojennego, a także wypuszczenia internowanych - m.in. członków Komisji Krajowej Solidarności, która obradowała w stoczni tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego. 

Przywódcy zdołali się ukryć

Okupowana stocznia była dwukrotnie szturmowana przez żołnierzy i funkcjonariuszy ZOMO. Po raz pierwszy w nocy z 14 na 15 grudnia. Wtedy aresztowano lub rozpędzono większość z manifestujących. Przywódcy strajku nie zostali jednak zatrzymani.

Zdołali się ukryć na terenie dużego obiektu, jakim jest stocznia. Co najważniejsze, żołnierze i milicjanci po rozpędzeniu zwykłych uczestników strajku oraz gapiów, którzy też tam byli, wycofali się. Wkrótce, ku ich zdziwieniu, okazało się, że strajk nadal trwa, gdyż jego przywódcy na nowo się zorganizowali i kontynuowali protest - mówi Piotr Brzeziński z Biura Edukacji Publicznej gdańskiego Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej. Dlatego kolejnego poranka szturm na stocznię został powtórzony, a strajk ostatecznie przerwany.

"Już nie chciałem dalej patrzeć"

Posłuchaj rozmowy z panem Markiem

Mieszkaniec jednego z bloków przy ulicy Doki widział, jak 16 grudnia czołg staranował historyczną bramę numer 2. Tutaj czołgi stały wszędzie. Za bramą była taka platforma. Ludzie siedzieli. Kobiety, chłopy. I krzyczeli tam "Nie damy się, nie damy się". No i jeden pojechał. To jak pierdzielnęli, ci ludzie spadli... Ja już nie chciałem patrzeć dalej  - wspomina pan Marek.