Żaden dotychczasowy kandydat na prezydenta USA i żaden dotychczasowy prezydent nigdy tak bardzo nie podzielił Amerykanów i całego świata. Ale też żaden z gospodarzy Białego Domu tak często i tak ochoczo nie łamał zasad dobrego wychowania i dobrego współżycia. Niewątpliwie nastała nowa era. Przed nami Donald Trump.

Donald Trump /KEVIN DIETSCH / POOL /PAP/EPA

Nowy prezydent USA podczas zaprzysiężenia na urząd pojawił się na schodach Kapitolu w rozpiętym garniturze i w przydługawym krawacie. Było to złamaniem dwóch ważnych i podstawowych zasad dress code’u, mówiących o tym, że krawat powinien sięgać paska (nie powinien być ani krótszy, ani dłuższy) oraz że marynarka jednorzędowa - kiedy mężczyzna stoi lub się porusza - powinna być zapięta (rozpięty powinien być wyłącznie najniższy guzik). Czy Trump popełnił taką gafę, bo nie znał zasad? Oczywiście, że nie.

"Swój chłop. To nie jest elegant. To jest taki swój człowiek" - tak w TVN24 Katarzyna Niezabitowska komentowała sposób, w jaki Trump miał zostać odebrany przez Amerykanów. Tyle, że ten swój chłop to raczej ICH chłop. Ich, czyli speców od politycznego marketingu. Trump, który wzbił się na biznesowe szczyty, zna zasady dress code’u doskonale. Zazwyczaj w garniturze, ale gdzie należało, tam gotów był ubierać smoking, a nawet frak! Na schodach Kapitolu brakło mu tymczasem jedynie czapki bejsbolowej na głowie lub chociaż w ręku.

Zaprzysięgany na prezydenta Trump w rozpiętym garniturze i przydługawym krawacie to dowód, jak bardzo ulegamy dziś marketingowo-wizerunkowej manipulacji. Wystarczą dwa tanie chwyty, żeby rzesze Amerykanów uwierzyły, że oto nastał "swój człowiek". Zewnętrzna otoczka knebluje usta zdrowemu rozsądkowi, który słyszy obraźliwe hasła i szowinistyczne wypowiedzi. Czy jest się czemu dziwić? Badania pokazują przecież, że to, co się mówi, czyli zwartość merytoryczna wypowiedzi, liczy się dla odbiorcy tylko w 7 procentach (pozostałe 93 proc. stanowi to, jak wyglądamy, brzmimy i się zachowujemy). W Polsce nie jest inaczej. Proszę chociażby zauważyć, że większość polityków nie nosi poszetek. Dzieje się tak nie dlatego, że nie wiedzą, że tak trzeba albo nie mają pojęcia, gdzie się je kupuje. Cel jest inny i chodzi zapewne o to, żeby się zbytnio nie odróżniać od przeciętnego wyborcy. Czy jednak o to nam chodzi?

Pewien angielski arystokrata powiedział kiedyś, że ubranie to w gruncie rzeczy bardzo głupia rzecz, ale jeszcze głupsza to być źle ubranym. Źle, czyli nieodpowiednio do okazji czy sprawowanej funkcji. Głupia rzecz, więc taka, której nie warto poświęcać więcej uwagi niż trzeba. Odpowiedzmy sobie jednak na pytanie, kto tej uwagi ubraniu poświęca więcej: czy ktoś, kto raz, ale porządnie przyswoił sobie zasady i postępuje w ich myśl, czy też ktoś, kto studiuje to, jak długość krawata może wpłynąć na nasz odbiór? Kto nas traktuje uczciwiej i bardziej fair?

Klasa polityczna w demokracji będzie taka, jak ludzie, którzy na nią głosują. Nie odwrotnie. Jeśli zbiorowo postawimy sobie poprzeczkę wyżej, to do tego poziomu będą musieli dorównać politycy. Jeśli do domów i do szkół wróci savoir-vivre, jeśli dobre wychowanie na powrót stanie się podstawowym wymogiem, a nie miłą egzotyką, to w końcu i politycy zorientują się, że muszą do tego poziomu dorównać. Może więc zamiast czekać aż przykład przyjdzie z góry, lepiej dać przykład z dołu? Wtedy być może nikomu nie uda się nam zamydlić oczu bejsbolówką albo kaszkietem.

Nie dajmy się łapać na tanie chwyty. Biorąc kredyt należy z największą uwagą czytać to, co napisano drobnym drukiem. Głosując na polityków - mniej patrzeć, a więcej słuchać.