Książka „Zbawienie na Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach” to uniwersalna opowieść o sprawdzaniu siły własnej wiary, desperackim dowodzeniu prawdziwości Ewangelii oraz darów Ducha Świętego, nawet ryzykując własne życie i zdrowie.

Nabożeństwo z wężami [zdj. ilustracyjne] /PAP/EPA/JIM LO SCALZO /PAP/EPA

To opowieść o grupach chrześcijan, którzy podczas ekstatycznych nabożeństw demonstrują ufność w opiekę Ducha Świętego poprzez branie do rąk jadowitych węży, dotykanie ognia i picie trucizny - roztworu strychniny. To książka uczciwa i osobista - Dennis Covington nie tylko plastycznie opisuje chrześcijańskie wspólnoty "ludzi od węży" i ich nabożeństwa z perspektywy zewnętrznego obserwatora, ale stopniowo "wchodzi" w opisywaną społeczność. Jego obserwacja uczestnicząca stopniowo nabiera cech pełnej obecności w życiu społeczności "trzymających węży" (snake handlers), a on sam staje się jednym z "wężowników", bratem Dennisem.

"Czasami człowiek staje przed jakimś nowym doświadczeniem i uświadamia sobie, że nie ma na to żadnego wpływu. Może cały się w tym zanurzyć albo odwrócić się i odejść. Wie jednak, że cokolwiek zrobi, jego życie nieodwracalnie się zmieni. Niezależnie od decyzji pozostanie w nim ślad. Ja dałem nura".

Czytelnik książki ma okazję poznać chrześcijan od węży (snake chandling churches) i ich zwyczaje, a dzięki bardzo osobistej, intymnej narracji autora może wyobrazić sobie odczucia i euforię towarzyszące uczestnictwu w tych "szalonych" nabożeństwach. Może nawet ma szansę "wężowników" zrozumieć.

"Zapytałem go wtedy, jak to jest trzymać w ręku węża.
- Trudno to wyjaśnić - odpowiedział. - Jesteś pogrążony w modlitwie. Nie możesz myśleć o niczym innym. Duch mówi ci, co robić.
- Ale dlaczego niektórych wąż kąsa?
Pomyślał chwilę i rzekł:
- Czasami ktoś źle rozumie Ducha."

Dotykanie grzechotników gołymi rękami to zachowania bardzo ryzykowne. Gady są przecież jadowite. Przed nabożeństwami nie są do nich specjalnie przygotowywane, nie są pozbawiane zębów jadowych, nie można ich oswoić. Także sposoby postępowania z wężami podczas rytuałów są bardzo różne. Jedni podnoszą węża delikatnie, inni krzyczą i energicznie nim potrząsają. Jedni tylko chwilę trzymają gada w dłoniach, inni wieszają go sobie na szyi, ocierają nim pot z czoła, wkładają go sobie na głowę. Niektórzy dotykają jednego węża, inni noszą cały wężowy pęk. Są tacy, którzy chodzą po wężu rozciągniętym na podłodze - tak wcielają w życie fragment Ewangelii według Św. Łukasza: "Oto dałem wam władzę stąpania po wężach i skorpionach, i po całej potędze przeciwnika, a nic wam nie zaszkodzi" (Łk 10,19).

"Gdy Duch Święty na ciebie zstępuje, mocy nigdy nie da się wyczerpać, nawet wtedy, kiedy się weźmie do rąk węża, albo i pół tuzina. Im więcej wiary z siebie wydobędziesz, tym więcej mocy będzie dookoła. To niewyczerpane, wiecznie odnawiające się źródło. Dla niektórych  z tych ludzi to jedyna moc, jaką posiadają."

Może węże przyzwyczajają się do dotyku ludzkiej ręki... Może te trzymane w niewoli są słabsze niż żyjące na wolności... Może są otumanione rytmiczną muzyką - wprawdzie jej nie słyszą, ale odbierają drgania... Czasami te węże jednak kąsają. I zdarza się, że pokąsany umiera. Wierni mówią wtedy, wszystko w rękach Boga. Każdy z nas umrze. Amen. Chwalmy Pana. Śmierć ciała nie jest największą tragedią, groźniejszą jest śmierć duchowa.

"Mamy tu bowiem do czynienia z walką, duchową walką. Tragedią jest nie śmierć konkretnego człowieka, ale to, że świat nie potrafi przyjąć Ewangelii, którą ten człowiek, ryzykując swoje życie, próbuje potwierdzić. Tak chyba postrzegają to członkowie wspólnoty. O poległym branie niezmiennie powiedzą «Przynajmniej umarł w Panu». Płynie z tego wniosek, że świat, który odrzuca Chrystusa, marnuje swe łzy, opłakując wyznawcę zmarłego od ukąszenia węża. Lepiej płaczcie nad samymi sobą, powiadają ludzie od węży".

Autor książki podaje, że do 1993 roku węże zabiły  przynajmniej 71 osób uczestniczących w nabożeństwach religijnych, podczas których dotykano węży. Dane różnią się jednak w zależności od źródła, inni autorzy wskazują nawet około 120 ofiar tej praktyki.

Podstawę religijnej praktyki brania węży do rąk stanowią słowa Ewangelii według Św. Marka:  "I rzekł do nich: «Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie»" (Mk 16, 15-18).

"Zapytałem, jak to  jest brać węże do ręki. Wiedziała, że to poważne pytanie. Z namaszczeniem wydmuchnęła dym w stronę sufitu i mimo wszystkiego, co przeszła, w jej odpowiedzi dosłyszałem nutę tęsknoty.
- Czujesz się wtedy jakiś inny. Wiesz, że panujesz nad wężami."

Praktyki te można próbować zrozumieć jako akt kulturowego oporu, protestu przeciwko nowoczesnemu światu - reakcję fundamentalnych wspólnot religijnych na dyktat wartości świeckich w otaczającym ich świecie, dominację doczesności nad transcendencją.

"Mówią nam, którzy nad tą praktyką załamujemy ręce i pukamy się w czoło: «to nie z nami jest coś nie tak, to świat zwariował»".

Dennis Covington zwraca uwagę właśnie na ten element gdy charakteryzuje mieszkańców amerykańskiego Południa. Pisze, że początków praktyki brania do rąk węży "należy szukać w czasach, gdy mieszkańcy Apallachów zeszli  na niziny i zorientowali się, że otacza ich wroga i jałowa pod względem duchowym kultura. Wszędzie, gdzie zetknęli się z nowoczesnym światem [...] doznali wstrząsu. Stawili opór. A kiedy zawiodły ich własne siły, wezwali Ducha Świętego. Włożyli dłonie w ogień. Zaczęli pić truciznę. Wzięli do rąk węże. Wciąż to robią".

Praktyki te miały powstać około 1910 roku i wiążą się z postacią George’a Wenta Hensleya (zmarł od ukąszenia w 1955 roku). Inny, niezależny trop prowadzi do Jamesa Millera, który około 1912 roku także miał brać węże do rąk. Wężownicy twierdzą jednak, że praktyka ta istnieje od dawna. Już przecież Mojżesz sporządził miedzianego węża, który chronił ukąszonych przed śmiercią.

"Zesłał więc Pan na lud węże o jadzie palącym, które kąsały ludzi, tak że wielka liczba Izraelitów zmarła. Przybyli więc ludzie do Mojżesza mówiąc: «Zgrzeszyliśmy, szemrząc przeciw Panu i przeciwko tobie. Wstaw się za nami do Pana, aby oddalił od nas węże». I wstawił się Mojżesz za ludem. Wtedy rzekł Pan do Mojżesza: «Sporządź węża i umieść go na wysokim palu; wtedy każdy ukąszony, jeśli tylko spojrzy na niego, zostanie przy życiu». Sporządził więc Mojżesz węża miedzianego i umieścił go na wysokim palu. I rzeczywiście, jeśli kogo wąż ukąsił, a ukąszony spojrzał na węża miedzianego, zostawał przy życiu." (Lb 21, 5-9)

Jak zaklasyfikować Kościoły wężowników?  Odnowa moralna, otrzymywanie darów Ducha Świętego, mówienie językami, prorokowanie i uzdrawianie przez nakładanie rąk, przedstawianie podczas nabożeństw osobistego świadectwa - to elementy przypominają wspólnoty wywodzące się z ruchu uświęceniowego (ang. Holiness Movement). Ten protestancki nurt religijny pojawił się w połowie XIX wieku w środowisku amerykańskich metodystów. Kładł nacisk na odnowę moralną, doprowadził do ożywienia religijnego i aktywności misyjnej szeregu kościołów chrześcijańskich. Zapoczątkował także nowe, niezwykłe zjawisko w dziejach religii - ruch zielonoświątkowy (pentekostalny), który narodził się w początkach XX wieku. Kościoły "trzymających węże" można uznać za skrajne, radykalne ruchy tego nurtu. Nie należy ich jednak wprost łączyć ich z kościołami zielonoświątkowymi.

Kościoły głównego nurtu odrzucają rewolucyjne, ekstatyczne praktyki "wężowników", krytykują ich literalną interpretację Biblii. Praktyki "dotykania węży" zabrania także prawo wielu stanów USA. Wniesienie węża na nabożeństwo bywa traktowane jako rozbój z użyciem groźnego narzędzia, grozi za to grzywna.

***

"Pewnej nocy we wschodnim Tennessee jeden z tych kaznodziejów, co to biorą węże do rąk, podszedł do nas i zapytał:
- Chłopaki, czy macie jakieś węże w tym samochodzie?
Powiedzieliśmy mu, że nie.
- Co? Chcecie mi powiedzieć, że nie macie tu ani jednego grzechotnika?
- Nie mamy, proszę pana.
Wybałuszył na nas oczy i krzyknął:
- Dzieciaki, co z wami? Powariowaliście?".

***

Dennis Covington, 2016, Zbawienie na Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach, przeł. Bartosz Hlebowicz, Wołowiec: Wydawnictwo Czarne.