Bez wątpienia dla takich wieczorów warto być kibicem futbolu, choć pewnie fani FC Barcelony mają na ten temat inne zdanie. Wielkie powroty, odrabianie strat, emocje – za to kochamy piłkę nożną. Nawet jeśli czasami to Leo Messi musi zejść z boiska pokonany.

Niby wracamy do tego co jakiś czas. Że w piłce nie ma słabych, że "wszystko się może zdarzyć" - jak śpiewała Anita Lipnicka. Kto jednak po losowaniu ćwierćfinałów Ligi Mistrzów nie stwierdził od razu: Barcelona w półfinale, bo zagra z tą przeciętną AS Romą. Rzymianie w 1/8 finału męczyli się przecież z Szachtarem Donieck. Potem dostali na Camp Nou lanie 1:4 i tu już mało kto mógł wierzyć w jakiekolwiek inne rozwiązanie niż awans Barcelony. Najgorzej chyba, że w awans uwierzyli sami piłkarze z Katalonii i sezon mają właściwie przegrany. Bo co komu po mistrzostwie Hiszpanii, kiedy z Ligi Mistrzów odpada się już w ćwierćfinale? "Barca" wygrała rozgrywki w 2015 roku, ale kolejne dwa lata to triumfy Realu Madryt, który ciągle liczy się w walce o trzeci. Tego to kibice w Katalonii chyba nie wytrzymają. Dodatkowego smaczku rywalizacji AS Romy z Barceloną dodaje fakt, że gole dla Rzymian strzelili De Rossi i Manolas. Obaj przed tygodniem na Camp Nou zdobyli bramki samobójcze. Teraz włoskie media mogą pisać o cudzie a katalońskie o upadku imperium.

Porażka Barcelony w Lidze Mistrzów. Trener: Rywale na nic nam nie pozwolili

Trener piłkarzy Barcelony Ernesto Valverde przyznał po porażce z AS Roma 0:3 i odpadnięciu z Ligi Mistrzów, że rywale założyli wysoki pressing i na nic nie pozwolili jego podopiecznym. "Prawda jest taka, że oni dzisiaj zagrali świetnie, a my nie" - podsumował. czytaj więcej

W Manchesterze początek jak u Hitchcocka, bo The Citizens prowadzili 1:0 od drugiej minuty po golu Gabriela Jesusa, ale później już tak dobrze nie było. Dodatkowo przeszkodził sędzia, który nie uznał prawidłowej bramki dla zespołu Pepa Guardioli. Po przerwie The Reds zabrali się do roboty, strzelili dwie bramki i też są w półfinale.

Dla AS Romy i Liverpoolu to nie koniec marzeń. Finał w Kijowie jest już na wyciągnięcie ręki, a przecież mimo tego, że europejski futbol wydaje się od lat zdominowany przez te największe firmy zdarzały się już finały Ligi Mistrzów, na które nikt nie postawiłby funta kłaków. W 2004 roku zagrały w finale FC Porto i AS Monaco. W 2002 roku oglądaliśmy w finale Bayer Leverkusen. W 2005 oczywiście Liverpool z Jerzym Dudkiem, a w 2009 Inter Mediolan. Można tu jeszcze doliczyć Borussię Dortmund z 2013 i Atletico Madryt z 2014 oraz 2016 roku.

Jaki finał Ligi Mistrzów obejrzymy na kilkanaście dni przed mundialem? Sporo wskazuje na to, że inny niż byśmy się spodziewali. Szczególnie, że dziś przecież mecz Bayernu z FC Sevillą i chyba nikt nie ma wątpliwości, że klub z Andaluzji stać na niespodziankę. A może Juventus jak Roma odrobi trzy bramki i postraszy Real? Wszystko rozstrzygnie się wieczorem.