Mateusz Morawiecki nie przekonał Brukseli, bo było to niewykonalne. W tym sensie legł w gruzach mit o europejskich umiejętnościach nowego premiera.

Premier Mateusz Morawiecki /Marcin Obara /PAP

Znajomość języków, obycie, miła powierzchowność - za którą chwalili Morawieckiego niektórzy premierzy - wszystko to nie wystarczyło. Nowy premier poniósł porażkę, bo nie ma "własnych narzędzi", żeby zaproponować jakiekolwiek ustępstwa w sprawach, które dla Unii są ważne.

Premier Morawiecki nie przywiózł do Brukseli żadnych konkretów, nie pokazał jakiegokolwiek marginesu ustępstw, by uchronić Polskę przed stwierdzeniem, że jest niepraworządna. Skrytykowane przez Komisję Wenecka ustawy o Sądzie Najwyższym i KRS są w ostatniej fazie procedury legislacyjnej. Teoretycznie szansą na wstrzymanie planowej na środę decyzji KE o uruchomieniu procedury art.7 punkt 1 byłoby weto prezydenta, ale jest już ono nierealne.

Także zapowiedzi premiera ws. Puszczy Białowieskiej nie są interesujące -  czekanie do ostatecznego wyroku niczego nie zmienia. Zmianą byłoby zaprzestanie wszelkich prac w Puszczy. Może to uchroniłoby Polskę przed groźbą kar finansowych, które KE zamierza ogłosić jeszcze przed świętami.  Żadne deklaracje w tej sprawie jednak nie padły.

Niedobra była także sekwencja wydarzeń. Najpierw poranne spotkanie z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem - m.in. o praworządności, ale bez ustaleń. Potem raptem kilkuminutowe spotkanie w kuluarach z szefem Komisji Europejskiej Jean-Claudem Junckerem - bez poważnej rozmowy nt. przygotowywanych przez KE działań wobec Polski. Bez podjęcia próby dialogu. Później wcześniejszy wyjazd do Polski, gdy toczyły się obrady szczytu. I w końcu wspólna konferencja kanclerz Niemiec i prezydenta Francji, na której pada deklaracja wsparcia dla KE, która szykuje procedurę sankcji wobec Polski.