Komisja Europejska może tylko prężyć muskuły, ale w sprawach demokracji czy wartości - zrobić może niewiele. Rzecznik Komisji Europejskiej Margaritis Schinas nie pozostawia złudzeń: debata KE o Polsce 13 stycznia to tylko debata orientacyjna, nie jest to żaden pierwszy etap procedury łamania praworządności. 

Demonstracja w obronie demokracji pod hasłem "Czerwona kartka dla Prawa i Sprawiedliwości" /Jakub Kaczmarczyk /PAP

Jak ustaliłam nie ma nawet planu, żeby objąć Polskę takim specjalnym nadzorem, a wypowiedź niemieckiego komisarza Guntera Oettingera, który groził Polsce taką procedurą - nie była skonsultowana z całym kolegium komisarzy.

Oettinger odpowiedział na zapotrzebowanie prasy niemieckiej i tyle - podsumował w rozmowie ze mną jeden z urzędników KE. Niemiecki komisarz znany jest zresztą z wypowiedzi, które nie są oficjalnym stanowiskiem Komisji. To forma presji i znak, że Bruksela interesuje się tym co się dzieje w Polsce. Niewiele więcej - mówi mój rozmówca. Komisja Europejska jako całość jest bardzo ostrożna i wyważona. Teoretycznie Unia może pozbawić kraj, który łamie zasady demokracji -  prawa głosu w Radzie UE (jest to słynny art. 7 traktatu lizbońskiego) - ale jest to traktowane jako decyzja ostateczna, a przez to... niewykonalna.

W marcu 2014 roku przyjęto więc łagodniejszy środek. Ustanowiono tzw. mechanizm obrony państwa prawa, który zmusza do współpracy z Komisją i ma poprzedzić ewentualne zastosowanie art. 7. Jeśli istnieją wyraźne oznaki "systemowego zagrożenia dla państwa prawnego" w państwie członkowskim, Komisja Europejska może rozpocząć procedurę. Do tej pory nie zastosowała jednak żadnej z tych sankcji ani razu, nawet w przypadku  Węgier mimo, że kilkakrotnie apelował o to Parlament Europejski. 

Jeden z wysokich rangą urzędników w KE powiedział mi, że obecna sytuacja w Polsce nie kwalifikuje się do takich działań. Nie wiem, co by się musiało wydarzyć w Polsce, żeby Komisja zdecydowała się na taki krok - tłumaczy mój rozmówca. Na razie niewiele więc grozi polskiemu rządowi. Jednak sam fakt, że się o tym mówi w Brukseli jest pożywką dla przeciwników naszego kraju. I rząd nie powinien tego lekceważyć. Bo przeciwników Polski - nawet w samej Komisji Europejskiej - nie brakuje.

Polska drażni (teraz, ale również tak było za rządów PO-PSL) bo jest dużym krajem, umie korzystać z unijnych pieniędzy, broni Ukrainy i nie daje się zwieść Rosji. Oprócz tego, nie poddaje się dyktatowi Niemiec i polityce "otwartych drzwi" Angeli Merkel wobec uchodźców.

Przeciwnikom Polski w KE obojętny jest spór toczący się w kraju wokół Trybunału Konstytucyjnego i mediów publicznych. Czekają tylko na sposobność, żeby móc uderzyć w Polskę. Takie mają interesy. Także opozycja - która chce wojować w Brukseli przeciwko rządowi - musi zdawać sobie sprawę, że w taki sposób ułatwia ataki na Polskę. Natomiast  rząd powinien czym prędzej wyjaśnić KE swoje działania, przesłać dokumenty, ustawy, projekty ustaw, a przede wszystkim - rozmawiać.

Unijni komisarze znają wydarzenia w Polsce w zasadzie tylko z doniesień prasowych - przyznają moi rozmówcy w Komisji. Juncker, Oettinger, Timmermans czytają prasę niemiecką, która ostatnio jest bardzo  jednostronna. Rząd powinien dostarczyć informacji. Konieczna jest więc wizyta polskiej premier w Brukseli oraz polskich ministrów.