Nie ustaje "radosna", a równocześnie destrukcyjna działalność ekipy minister Szumilas. Kolejny jej pomysł z kategorii "urzędniczego robienia dobrze obywatelom" to tzw. przedszkola za złotówkę, czyli wprowadzenie regulacji, zgodnie z którą opłata za jedną godzinę pobytu dziecka w przedszkolu publicznym, powyżej pięciu bezpłatnych, nie może przekraczać jednej złotówki.

Stolica Małopolski może stać się pierwszym z dużych miast, w którym w publicznych przedszkolach rodzice nie będą płacić czesnego - informuje "Dziennik Polski". czytaj więcej

Dzięki temu spadły wprawdzie opłaty za przedszkola - co ucieszyło rodziców - ale okazało się, iż ograniczona została oferta zajęć, z jakich dziecko może korzystać w przedszkolu, gdyż wypadły z niej dodatkowe zajęcia dla dzieci, które były często prowadzone dzięki dodatkowej opłacie wnoszonej dobrowolnie przez rodziców. Teraz "tęgie urzędnicze głowy" z ministerstwa edukacji stwierdziły, iż przyjęte regulacje nie dopuszczają żadnych (nawet w pełni dobrowolnych) opłat za przedszkola, powyżej kwot wynikających z owej mitycznej złotówki za godzinę "+5". W efekcie rozpoczęło się poszukiwanie przez zainteresowanych rodziców sposobów na ominięcie urzędniczego zakazu. Jednak pomimo naturalnych talentów Polaków do radzenia sobie z absurdalnymi pomysłami władzy, w tym przypadku natrafili oni na ogromne przeszkody. Okazało się, że ominięcie zakazu wymaga karkołomnych zabiegów, mocno utrudniających życie rodzicom i komplikującym im organizację zajęć dla dzieci. Zdesperowani całą sytuacją rodzice rozpoczęli akcję zbierania podpisów pod wnioskiem o skorygowanie przyjętych rozwiązań. Dotychczas zebrano ponad 20 000 podpisów. Można zauważyć, iż ostatnie dwie szefowe MEN zostaną zapamiętane jako osoby nieustannie prowokujące rodziców do podejmowania akcji protestacyjnych, kompletnie przez nie lekceważonych.

Podobnie, jak w historii z sześciolatkami i tym razem minister Szumilas nawet nie stara się zrozumieć problemu, a jedynie wygłasza zupełnie pozbawione treści urzędnicze przemowy, pełne samozadowolenia z podjętych działań. Wg niej swoimi działaniami MEN przyczyniło się do ujednolicenia oferty przedszkolnej dla wszystkich dzieci w placówkach publicznych, a to, że to ujednolicenie to klasyczne równanie w dół zdaje się do pani minister nie docierać. Równocześnie już można obserwować, iż w zasobniejszych gminach oferta przedszkolna nie zostanie tak drastycznie zubożona, jak w gminach o słabszej kondycji finansowej. Innymi słowy jeszcze bardziej pogłębi się dysproporcja pomiędzy przedszkolami w gminach wiejskich i wielkomiejskich, co już na starcie dziecięcej edukacji powiększy nierówności edukacyjne.

Komentując tę kwestię "błysnął" też premier Tusk stwierdzając, iż przedszkola nie są miejscem edukacji, a jedynie mają za zadanie opiekę nad dziećmi i zabawę. W ten sposób dał do zrozumienia, iż protestujący rodzice domagają się nie wiadomo czego. Otóż premier, jak też jego podwładni po raz kolejny pokazują, że kompletnie nie rozumieją, iż mądra władza nie powinna przeszkadzać obywatelom. Tymczasem mamy właśnie do czynienia z sytuacją, w której obywatel nie może wydać własnych pieniędzy dla zapewnienia swemu dziecku istotnych dla jego rozwoju zajęć, prowadzonych w najbardziej przyjaznym dla dziecka otoczeniu. Oczywiście najbardziej zdeterminowani rodzice będą poszukiwać interesujących dla ich dzieci zajęć poza przedszkolami, przy czym będzie to dla dzieci dużym utrudnieniem. Ale wg rządzących robią oni wszystko dla dobra dziecka, jest to jednak specyficznie rozumiane dobro. Tak na marginesie stwierdzenie premiera Tuska o przedszkolach świadczy o tym, iż jego obraz tej placówki to dawna ochronka.

Cała akcja z obniżeniem opłat za przedszkola publiczne ma swoje źródło w przyjętej wcześniej przez poprzedni rząd premiera Tuska regulacji umożliwiającej gminom kształtowanie tych opłat adekwatnie do kosztów. Przed wyborami w 2011 r. premier grzmiał na samorządowców, iż zbyt wysoko ustawili opłaty, zdając się nie pamiętać, iż wcześniej z inicjatywy jego ministra przepisy przezeń kwestionowane zostały uchwalone. Czyli rząd znowu próbuje rozwiązać problem, który sam sprokurował. Zresztą rozwiązuje go kierując do samorządów na przedszkola publiczne dotację, czyli zwiększając wydatki budżetowe, w sytuacji dramatycznie narastającego długu publicznego. Trudno ustrzec się refleksji, iż "przedszkola za złotówkę" to jeden z elementów akcji poprawiania wizerunku rządzących. A ponieważ niebawem będą wybory samorządowe, to i radni w kilku miastach nie chcą być gorsi i już zaczynają akcje typu "dzięki nam w przedszkolach publicznych nie będzie żadnych opłat". M.in. w Krakowie słyszymy o takich pomysłach. Oczywiście radni mogą podejmować rozmaite tego typu inicjatywy, jednak warto byłoby, aby wreszcie zarówno oni, jak też urzędnicy dysponujący publicznymi pieniędzmi zaczęli odpowiadać za podejmowane decyzje. Otóż "robienie dobrze" obywatelom za w istocie ich pieniądze, gdyż są to pieniądze podatnika, to swoisty skandal. Na dodatek jest to zwiększanie wydatków publicznych przy istnieniu już potężnej dziury w budżecie, czyli wprawdzie przedszkola będą może bezpłatne przynajmniej do najbliższych wyborów, ale w innym segmencie lokalnej oferty publicznej nastąpi jej pogorszenie. A dług znowu wzrośnie i winnego nie będzie, ale za wszystko i tak zapłaci w końcu obywatel.

Zamiast spokojnie uporządkować kwestie edukacji, w tym przypadku najmłodszych, zajmując się nade wszystko zapewnieniem odpowiedniej liczby miejsc w przedszkolach, czy też obniżając liczebność dzieci w grupach w placówkach publicznych, ostatnie dwie panie minister edukacji wygenerowały konflikt wokół obowiązku posyłania sześciolatków do szkół, a majstrując przy opłatach za przedszkola doprowadziły do zubożenia oferty przedszkoli publicznych, czym wzburzyły sporą grupę rodziców. W efekcie będziemy teraz mieli wzmożone zmagania rządu z tym problemem. Obserwując tylko ten drobny fragment działalności MEN (dobrze jednak ilustrujący całą jego pracę) można pomarzyć o jego zniknięciu. Gdyby go bowiem nie było, to wówczas rodzice mogliby spokojnie decydować czy pragną, aby ich dziecko wcześniej zaczęło szkolną edukację, a przedszkola publiczne mogłyby pracować na poprzednio obowiązujących zasadach. Skądinąd, gdyby zniknęła większość monstrualnie rozrośniętej i bardzo kosztownej polskiej administracji można by m.in. obniżyć opłaty za przedszkola publiczne bez zwiększania długu publicznego. Stefan Kisielewski wiele lat temu zauważył, iż socjalizm to ustrój, który tworzy problemy, z którymi następnie bohatersko się zmaga. Obserwując naszą rzeczywistość można dojść do smutnego wniosku, że socjalizm ciągle trwa…

Jerzy Lackowski, doktor nauk humanistycznych, absolwent fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Jagiellońskim, dyrektor Studium Pedagogicznego UJ. W latach 1990-2002 wojewódzki kurator oświaty w Krakowie.