Mordowanie Polaków w okresie świąt rzymskokatolickich, a także w czasie innych uroczystości religijnych, było stałą, perfidną praktyką UPA. Tak też było w noc z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek 1943 roku.

"Wołyńską Gdynią" nazywana była osada Janowa Dolina, ale nie względu na port, bo takiego oczywiście tam nie było, ale ze względu na fakt, że powstała ona z niczego. Od lat dwudziestych ubiegłego wieku wznoszono ją bowiem na pustych terenach koło Kostopola, w pobliżu Horynia, który tworzy w tym miejscu malowniczą dolinę wśród urwistych i porosłych lasami brzegów. Osada swoją nazwę otrzymała na pamiątkę króla Jana Kazimierza, który ponoć tutaj polował. Była ona budowana dla prawie tysiąca robotników, zatrudnionych w Państwowych Kamieniołomach Bazaltu. A bazalt ów był doskonałej jakości, więc świetnie nadawał się jako materiał do budowy dróg. Ustawiczne zapotrzebowanie na niego powodowało, że przedsiębiorstwo rozwijało się szybko.

Janową Dolinę jako wzorowe osiedle robotnicze wzniesiono na wzór amerykański. Najpierw między kamieniołomami a rzeką wycięto las, na miejscu którego wyznaczono ulice przecinające się pod kątem prostym. Domy budowano z kolei na wzór fiński. Były one drewniane, dwukondygnacyjne, ale z murowanym podpiwniczeniem i dachem przykrytym ceramiczną dachówką. W każdym domu mieszkały cztery rodziny. Coś jak śląskie "familoki", ale nowocześniejsze. Do każdego domu przydzielone były działki rolnicze i ogródki. W centrum osiedla znajdował się murowany blok w kształcie litery U, przeznaczony na biura, świetlice, teatr i klub sportowy. Obok znajdowało się boisko sportowe. Zaplanowany był też kościół, nie zdołano wybudować go przed wojną, więc msze św. odbywały się w drewnianej kaplicy. Łącznie mieszkało tutaj ok. 3000 osób, w przeważającej większości Polacy, choć nie brakowało także Ukraińców, Czechów i Niemców.

Z chwilą zajęcia Wołynia przez Sowietów w 1939 r. spadły pierwsze represje na Polaków, z których wielu z powodu donosów składanych przez Ukraińców zostało aresztowanych przez NKWD i wywiezionych na zsyłkę do Kazachstanu lub na Syberię. Po zajęciu tych terenów przez Niemców też nie było łatwo. Wspomniany blok w centrum osiedla zajął Wermacht. Cały budynek został zabezpieczony bunkrami, palisadą i zasiekami. Prawdziwa twierdza. Wśród polskich mieszkańców osady istniały wprawdzie struktury podziemnej konspiracji, ale nie posiadały one jakiejkolwiek broni.

Zagłada osady nastąpiła w Wielkim Tygodniu 1943 r. Termin ten był wybrany celowo, bo wiedziano, że na Wielkanoc rodziny gromadzą się w domach, a zadaniem tego ataku, jak i wszystkich innych, było nie tyle wypędzenie Polaków, co wymordowanie ich w jak największej liczbie. Podobne podstępy zastosowano w wielu następnych przypadkach. Do mordów Ukraińska Armia Powstańcza, choć wtedy dopiero się tworzyła, przygotowała się precyzyjnie, przeprowadzając wcześniej odpowiednie rozpoznanie i koncentrując znaczne siły.

Wielki Czwartek (w tamtym roku wypadł on 22 kwietnia), po zakończonym nabożeństwie w kaplicy mieszkańcy Janowej Doliny poszli spokojnie spać. W tym czasie osadę otaczały już oddziały UPA, które przecięły druty telegraficzne i zablokowały drogi ucieczki. Liczba napastników sięgała aż 1500 osób. Uzbrojonym w broń palną banderowcom towarzyszyli podszczuci ukraińscy chłopi, wyposażeni w siekiery, widły, noże i innego rodzaju prymitywne narzędzia do zabijania. Były wraz z nimi także kobiety i nastolatkowie, których zadaniem było rabowanie, a następnie podpalanie domów.

Napastnikom, poruszającym się leśnymi ścieżkami, udało się podejść niepostrzeżenie pod pierwsze domy. Uderzyli tuż po północy, a więc już w Wieki Piątek. Wdzierali się do mieszkań, mordując wszystkich jak popadło. Nie darowano nawet niemowlętom, które chwytając za nogi roztrzaskiwano o ściany. Polacy w panice wyskakiwali przez okna, ale dosięgały ich kule, bądź ciosy siekier i wideł. Ci, którzy chowali się w piwnicach, ginęli w płomieniach, gdyż ukraińskie kobiety po zrabowaniu najcenniejszych przedmiotów od razu podpalały domy. Poza tym, napastnicy celowo wrzucali granaty i butelki z benzyną do piwnicznych okienek.

Niektórzy z Polaków pobiegli w kierunku bloku z żołnierzami niemieckimi, szukając u nich ratunku, ale ci zachowali się biernie, bo wiedzieli, że UPA ich nie zaatakuje. Inni mieszkańcy z kolei ukryli się u rodzin ukraińskich, ale gdy ich tam znaleziono, to mordowano ich wraz z tymi, co im pomagali. Bandyci napadli także na szpital. Chorych ukraińskich wynieśli, a pozostałych wraz z polskim personelem medycznym, wymordowali. Nie było litości dla nikogo. W sumie zamordowano 600 osób. Działy się tam dantejskie sceny, gdyż banderowcy i "siekiernicy" dokonywali aktów barbarzyństwa, nie tylko zabijając, ale i torturując swoje ofiary.

Rano na miejscu, gdzie miał stanąć kościół, wykopano wielki rów, do którego wrzucono ofiary. Prawie wszystkie domy zostały spalone. Dzisiaj nie ma śladu po Janowej Górze. Na miejscu zagłady, w 55. rocznicę jej dokonania, byli mieszkańcy postawili skromny pomnik z niewiele mówiącym napisem "Polakom z Janowej Góry". Na nic więcej bowiem nie pozwoliła strona ukraińska. Nie zaznaczono nawet daty mordu, ani liczby pomordowanych. Uroczystość odsłonięcia zakłócali nacjonaliści z Ludowego Ruchu Ukrainy.

Szefem owego Ruchu został późniejszy minister spraw zagranicznych Ukrainy Borys Tarasiuk, który w październiku 2007 r., w 65. rocznicę powstania UPA wezwał do uznania tej zbrodniczej formacji za organizację walczącą o niepodległość Ukrainy. Pisał wówczas do prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki: "UPA z honorem wypełniała swe obowiązki wobec narodu i zasługuje na pamięć i szacunek ze strony państwa i obywateli". Janowa Dolina jest najlepszym przykładem tego, na czym ów "honor" i owe "obowiązki" polegały.

Więcej archiwalnych zdjęć na stronie Narodowego Archiwum Cyfrowego>>>