Tym, co w niesmak jest sukces filmu "Wołyń", przypomnę stare powiedzenie, które lekko sparafrazuję; „Psy szczekają, a orły lecą całej”. Dolecą także na Ukrainę, na której to dzieło jest nadal zakazany.

Reżyser filmu"Wołyń" Wojciech Smarzowski z Orłem 2017 dla najlepszego polskiego filmu /Rafał Guz /PAP

Mało który film polski był tak atakowany przed swoją premierą jak "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego. Pomruki i utyskiwania płynęły bowiem już od dwóch lat i to z różnych stron, począwszy od polskich "giedroyciowców", a na jawnych sympatykach ludobójczej UPA na Ukrainie skończywszy. Rzucane były też kłody pod nogi. Niewiele lepiej było po premierze, która miała miejsce w październiku ubiegłego roku.  Co ciekawe, film w pierwszej kolejności zaatakowali ci, którzy - uwaga! - nawet go nie widzieli! Przykładem jest wiadro pomyj wylane przez Jurija Andruchowycza, ukraińskiego pisarza, który jak sam przyznał filmu nigdy nie oglądał, a swoją wiedzę zaczerpnął z cudzych opracowań, głównie z łam "Gazety Wyborczej".  Nawiasem mówiąc, to chyba jakaś nowa moda wśród intelektualistów nad Dnieprem i Dniestrem, aby recenzować dzieła sobie nieznane. 

Anduchowycz tak oskarżał polskiego reżysera:  "Zaleceń "strony polskiej" jeszcze jako-tako wysłuchiwał, to z Ukraińcami i z Ukrainą nie komunikował się w ogóle. Czyli dialogu, a wraz z nim prawdy, nie szukał. Zrobił film o kraju, którego w ogóle nie zna (ani języka, ani historii, ani kodów kulturowych), i którym, ośmielę się przypuszczać, w rzeczywistości wcale nie jest zainteresowany."

Pisarzowi ze Stanisławowa (Iwono-Frankiwska) w sukurs przyszły osoby, które z film wprawdzie obejrzały, ale ze względu na wyznawane przez siebie przekonania polityczne starały się go ośmieszyć.  Jaskrawym przykładem jest następująca wypowiedź Agnieszki Romaszewskiej-Guzy, dyrektorki opłacanej hojnie z kieszeni polskiego podatnika Bielsat TV. Napisała ona tak (cytuję zachowując oryginalną pisownię): "Arcydzieło filmowe to to nie jest. Dość przeciętny, poprawnie zrobiony filmowy wykład historii, z lekkim przegięciem w stronę antyukraińskich stereotypów (to, że Ukraińcy tam w kółko krzyczą "Sława Ukrainie, no i ta złowroga scena święcenia broni). Widać na nim mały budżet - estetyka zbyt rekonstrukcyjno - skansenowo - folkorystyczna".  

W podobny sposób, choć nie z takim zacietrzewieniem, opinię widzów starali się urabiać sympatycy prezydenta-oligarchy Petro Poroszenki i obecnych władz ukraińskich, w tym zwłaszcza Paweł Kowal, były szef marionetkowej partii PJN, i Andrzej Szeptycki oraz kilku publicystów ze środowisk liberalnych i lewicowych. Taki dziwaczny mariaż wspomnianych "giedroyciowców" z lewakami. Bardzo dziwnie zachował się też obóz rządzący. Wprawdzie politycy PiS filmu nie skrytykowali, ale się  od niego się wyraźnie zdystansowali. Widać było to w czasie premiery "Wołynia", na którą pomimo zaproszeń przybyło tylko dwóch posłów tej partii, co było w jawnym kontrastem wobec premiery np. "Smoleńska", na której pojawił się prezydent Andrzej Duda i prawie cały rząd. Jak łatwo zauważyć, w Trzeciej RP Polaków, którzy oddali swe życie za wierność ojczyźnie, wciąż dzieli się na "lepszych" i "gorszych". 

Polacy zagłosowali jednak nogami, udając się tłumnie do kin. Filmowe dzieło docenili także specjaliści,  o czym świadczy liczba statuetek, zwłaszcza tych najważniejszych, którymi obsypany został film "Wołyń" na poniedziałkowej gali Orły 2017. Ten wielki sukces cieszy wszystkich, także tych, którzy od  przeszło 70 lat upominają się pomimo narzucanej poprawności politycznej o prawdę o banderowskim ludobójstwie, co czynią w myśl zasady "Nie o zemstę, lecz o pamięć wołają ofiary". Szczere gratulacje dla reżysera i całej jego ekipy oraz producentów i sponsorów, a zwłaszcza dla tych, co swój przysłowiowy wdowi grosz dali w zbiórce społecznej na dokończenie filmu!

A krytykantom, którym w niesmak sukces filmu, przypomnę stare powiedzenie, lekko sparafrazowane; "Psy szczekają, a orły lecą całej". Dolecą także na Ukrainę, na której tej film jest nadal zakazany. 

(mpw)