„Kresowian zabito dwukrotnie, raz przez ciosy siekiera, drugi raz przez przemilczenie. A ta druga śmierć jest gorsza od pierwszej” – Jan Zaleski, świadek ludobójstwa.

Kadr z filmu "Wołyń" /fot. Krzysztof Wiktor, Film It! /Materiały prasowe

Wczoraj na specjalnym pokazie we Wrocławiu obejrzałem najnowszy film Wojciecha Smarzowskiego, oparty o nowele Stanisława Srokowskiego i relacje naocznych świadków. Na ten film rodziny ofiar ludobójstwa dokonanego przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińską Powstańczą Armię UPA oraz SS Galizien czekały ponad 70 lat. Przed projekcją miałem duże obawy. Jednak okazały się one płonne. Na ekranie ujrzałem bowiem wszystko to, co faktycznie wydarzyło się w latach 1939 - 1947 na Wołyniu i Lubelszczyźnie oraz w Małopolsce Wschodniej. Żadnych niedomówień czy przekrętów wynikających z powszechnie narzucanej tzw. poprawności politycznej. Równocześnie reżyser i jego ekipa, szczególnie kostiumolodzy i scenografowie, zadbali o najdrobniejsze nawet szczegóły. Całości dopełniły przepiękne zdjęcia oraz muzyka, w tym pieśni ludowe i obrzędy weselne. Mnie szczególnie podobała się gra debiutantki Michaliny Łabacz (rodem z Suwałk) i ukraińskiego aktora Wasyla Wasylika, a także sporej gromadki dzieci w najróżniejszym wieku, które brały udział w filmie pod opieką psychologa.

Co do najbardziej wymownych scen, to ta, w której przeplatają się kazania wygłaszane w cerkwiach. Jeden z duchownych wzywa wiernych do opamiętania, a drugi porównując Polaków do kąkolu, który należy wyplenić i spalić, wzywa do mordów i święci siekiery, noże i widły. Ten las narzędzi rolniczych, przekształconych w narzędzia zbrodni, sfilmowany na tle pięknego ikonostasu, pozostają na długo w pamięci. Inna scena, to nocne przygotowanie banderowców do ataku. Najpierw "pranie mózgu", a następnie na tle czerwono-czarnych flag trzykrotny okrzyk "Sława Ukrainie - herojom sława". To te same flagi, które powiewały na Majdanie i powiewają nadal w bardzo wielu miastach Ukrainy. To ten sam okrzyk, który niektórzy polscy politycy wznosili nie tak dawno w Kijowie, ku uciesze obecnych tam czcicieli UON-UPA.

Oczywiście najważniejszymi fragmentami filmy są sceny z masakr Polaków i Żydów. Dla ludzi takich jak ja, którzy od dziecka słyszeli o tym od swoich krewnych, było to szczególne doświadczenie. Wprawdzie byłem na to przygotowany, ale scena napadu na polski kościół i mordowania siekierami bezbronnych ludzi (w tym też księdza odprawiającego mszę św.) robi ogromne wrażenie. Także rozerwanie końmi poety i oficera AK (pierwowzorem jest Jan Zygmunt Rumel), obdzieranie ze skóry polskiego żołnierza wracającego do domu w 1939 r., mordowanie kobiet w ciąży czy zabawa "płonącym snopkiem" (czy małym chłopcem owiniętym słomą i podpalonym).  

Mottem filmu są słowa  "Kresowian zabito dwukrotnie, raz przez ciosy siekiera, drugi raz przez przemilczenie. A ta druga śmierć jest gorsza od pierwszej". Pochodzą one z pamiętnika mego śp. Ojca, Jana Zaleskiego, mieszkańca Dębowicy k. Monasterzysk, naocznego świadka wymordowania i spalenia w nocy z 28 na 29 lutego wsi Korościatyn. Zagłady, w czasie której zginęło prawie 150 Polaków, dokonała sotnia UPA, wspiera przez "siekierników", którymi kierował - o, zgrozo! - greckokatolicki ksiądz (targany wyrzutami sumienia, zginął później śmiercią samobójczą). Ci co ocaleli z tych barbarzyńskich mordów pamiętali o tym do końca swych dni, przekazując tę pamięć dzieciom i wnukom. Kresowianie zawsze boleli na tym, że po 1989 r. polscy politycy, choć odwoływali się do ideałów "Solidarności", bali się nazwać ludobójstwo po imieniu. A przecież wszyscy pomordowani byli obywatelami Drugiej Rzeczypospolitej. Dlatego też moralnym i prawnym obowiązkiem jej kontynuatorki, Trzeciej Rzeczypospolitej było to uczynić. Jednak uczyniono to dopiero w lipcu br., po 27 latach istnienia wolnej Polski.   

Dlatego też film "Wołyń" jest wielkim wyrzutem dla polskiego establishmentu politycznego, który w tej kwestii zachował w sposób chwiejny, żeby nie napisać cyniczny i kunktatorski. Dbając bowiem o pamięć ofiar Zbrodni Katyńskiej czy KL Auschwitz spychał równocześnie pamięć o ofiarach banderowskiego ludobójstwa na Kresach do niszy, jakby czekając na wymarcie ostatnich świadków. Skutkiem tego do dziś 90 procent ofiar masowych mordów nie ma godnego pochówku, a na większości "dołów śmierci" nie stoją ani pomniki, ani nawet zwykłe krzyże. Jeszcze trzy lata temu kluby parlamentarne PO i Ruchu Palikota, działając pod naciskami prezydenta Bronisława Komorowskiego, szef MSZ Radosława Sikorskiego oraz Adama Michnika, przeforsował, aby słowo ludobójstwo zastąpić potworkiem językowym "czystki etniczne o znamionach ludobójstwa". Również episkopat Polski, podpisując wspólną deklarację z Cerkwią greckokatolicką, nie tylko nie nazwał ludobójstwa po imieniu, ale i nie wspomniał ani słowem o napadach na kościoły oraz mordowaniu księży i wiernych. Nie wyniósł też na ołtarze nikogo z męczenników, choć prowadzony jest proces beatyfikacyjny greckokatolickiego  arcybiskupa Andrzeja Szeptyckiego ze Lwowa, który kolaborował z Hitlerem i wysyłał swoich księży do SS Galizien.

Film "Wołyń" to film piękny, autentyczny i uczciwy. Przy tym bardzo uniwersalny, bo ukazujący odwieczne zmaganie się dobra ze złem, miłości z nienawiścią, szlachetności z niegodziwością. Posiada też walory moralne i religijne. Jest również przełomem w relacjach polsko-ukraińskich, choć też "kamienieniem obrazy" dla prezydenta Petro Poroszenki i rządu na Ukrainie, którzy tożsamość narodową buduje na ideologii banderowskiej oraz kulcie OUN-UPA.  

Tym bardziej więc trzeba koniecznie udać się do kin. A wbrew małości jury filmowego zagłosować na ten film nogami. Także sercem.