Jest taka scena w jednym z filmów Felliniego - młody chłopiec klęczy przed konfesjonałem i spowiada się z grzechów. Ksiądz wypytuje o szczegóły: ile razy, z kim i jak długo. Młodzieniec grzecznie odpowiada. Potem stuk puk - znak krzyża i pocałunek w stułę - dziecko wstaje rozgrzeszone, a kapłan wyciąga rękę spod sutanny. Gdy mały znika w głębi kościoła, ksiądz podnosi dłoń i wącha paznokcie. Nie pamiętam tytułu tego filmu, pamiętam natomiast to obrzydzenie.

"Jakim prawem - zastanawiam się głośno - grupa kilkudziesięciu celibatów w togach dyktuje milionom kobiet, jak powinny przeżywać najważniejszy fizjologiczny proces znany homo sapiens" - pisze na blogu Bogdan Frymorgen /CHROMORANGE/DPA /PAP

Wyemitowano go w czasach, gdy nikt jeszcze nie słyszał o pedofilii w sutannach. Nie znaczy to wcale, że nie istniała. W Stanach Zjednoczonych dzieci molestowano hurtowo. Podobnie było w Irlandii i przypuszczam, że nie tak zupełnie inaczej w Polsce. Moja przygoda z Kościołem, niewinna i dziecinna, skończyła się w mniej dramatycznych okolicznościach. Nikt mnie nie molestował, choć zdarzało się, że na lekcji religii oberwałem pękiem metalowych kluczy. Miałem szczęście. Nie zostałem skażony na życie, gdy dostawałem od księdza za karę piórnikiem. Powiedziałem "dziękuję" w chwili, gdy mój duszpasterz, zamiast paść moją duszę, powtarzał bezkrytycznie stare legendy. Nie chciałem, żeby dorastającego młodzieńca traktował jak dziecko.

Duch i ciało

Aborcja a sprawa polska

Episkopat Polski zdecydował się na stanowczy głos w sprawie ustawy dotyczącej aborcji. W opublikowanym właśnie komunikacie uznał, że "w kwestii ochrony życia nienarodzonych nie można poprzestać na obecnym kompromisie". To praktycznie determinuje kształt debaty, która już wkrótce będzie... czytaj więcej

Miałem dość słuchania o Adamie i Ewie, jabłku i gadającym ludzkim głosem wężu. Bardziej interesowała mnie istota wiary, ludzka dusza, jej złożony labirynt i filozofia. Więc gdy na moje pytanie o definicję sumienia ksiądz odpowiedział kolejną anegdotą z Biblii, spakowałem tornister i powiedziałem "Bóg zapłać". Najpierw opuściłem salkę katechetyczną, a potem, już w nieco szerszym sensie, Kościół. Duchowość została, to się nie zmieniło. Ale już poza strukturami jedynie słusznej doktryny.

Nie zapisałem się do zwalczających kler bojówkarzy. Wyznając zasadę: istniej i pozwól istnieć innym, stworzyłem swój własny świat. Składał się podobnie z ciała i ducha, jednak w wybranych przeze mnie proporcjach, i miał określoną temperaturę wrzenia. To były czasy, gdy Kościołem katolickim rządził polski papież. Pamiętam wcześniej kardynała Wojtyłę - szanowałem go i czułem do niego sympatię. Był zwierzchnikiem mojej diecezji, to on mnie bierzmował. Zawsze, gdy przyjeżdżał na moją parafię, był miły, szczególnie dla dzieci. Rozdawał cukierki i uśmiechy. Biło od niego ciepło, nie tylko dlatego, że przybywał do mojej wioski z Krakowa. Po prostu czuło się, że pod sutanną ukryty był człowiek.

Gwiazda polarna

Przewińmy ten film do przodu. W najbliższą niedzielę w polskich kościołach odczytany zostanie list biskupów, który otworzy puszkę Pandory. Stanie się bowiem okrzykiem wojennym przeciwko aborcji, za którym pójdą wierni i ich politycy. Niektórzy otwarcie mówią, że choć pochodzą z demokratycznego wyboru, gwiazdą polarną jest dla nich nauka biskupów. Nie trzeba być wizjonerem, żeby przewidzieć, co będzie dalej. Polskie prawo aborcyjne należy do najsurowszych w Europie. Kobieta może pozbyć się płodu tylko w trzech określonych sytuacjach - gdy jest on upośledzony, gdy zagraża życiu matki i gdy powstał na skutek gwałtu. To dla niektórych o trzy razy za dużo. Prawo to powstało, gdy w Watykanie panował Jan Paweł II.

Usiłuję zrozumieć

Nie jestem kobietą, ale mam dwóch synów. Przyszli na świat z miłości po nieskomplikowanych ciążach. I choć sam nie wiem, kiedy dwie komórki stają się zygotą, a zarodek embrionem, wiem, że kluczowym słowem w tym równaniu jest: człowiek. On też jest niewiadomą. Nie osądzam nikogo i nigdy bym nie śmiał, ale się zastanawiam. Może dlatego kiedyś, na lekcji religii, tak uporczywie pytałem księdza o sumienie? Dziś go nie winię za to, że nie odpowiedział. Może i dobrze. Tu nie pomoże budka suflera.

Są jednak kwestie, które należy rozstrzygać publicznie. Jakim prawem - zastanawiam się głośno - grupa kilkudziesięciu celibatów w togach dyktuje milionom kobiet, jak powinny przeżywać najważniejszy fizjologiczny proces znany homo sapiens. Dlaczego teologiczną pieczęcią odbijają piętno na życiu, które w swej różnorodności powinno się wymykać szablonowym osądom. Wreszcie jakim prawem demokratycznie wybrani politycy ostrzą zęby, żeby jeszcze głębiej wgryzać się w narodowe sumienie. Przecież ono nie istnieje! Są natomiast miliony kobiet, które na miliony różnych sposobów mają prawo przeżywać własną ciążę. Są też faceci, niekoniecznie z żelaza. Oni również czują swoje. Jeśli odczytany z ambon list episkopatu zapłodni wyobraźnię przewodniej siły narodu, a jego embrion poddany zostanie w Sejmie pod głosowanie, mój kraj, o co postara się już arytmetyka, zostanie Arabią Saudyjską centralnej Europy. Czy o takim marzymy bliskim wschodzie?

Zmiana projekcji

Na koniec jeszcze o innym filmie, innego reżysera. Jedyny związek z Fellinim to, że był czarno-biały. Zawsze, gdy go oglądam, myślę jednak o kolorach. Jest ich w nim cała gama: zrozumienie, poświęcenie dla drugiego człowieka, bezinteresowna miłość i ofiara. Ponad wszystko szacunek. W tym akurat przypadku dla małego i bezbronnego człowieka. Tytułową rolę Korczaka w filmie Andrzeja Wajdy zagrał mężczyzna. Choć nie był księdzem, dbał o swe owieczki w najkoszmarniejszej stajni.

Dlaczego akurat o tym filmie piszę? Jest u Wajdy taka końcowa scena, która wywołała wiele kontrowersji - stary doktor wraz z dziećmi z warszawskiego sierocińca jedzie pociągiem na śmierć, do Treblinki. W pewnym momencie wagon odłącza się od składu, wyskakują z niego na łąkę mali ludzie i pod przewodnictwem dobrego doktora idą wśród traw w kierunku zachodzącego słońca.

To wszystko nie tak

Nie tak skończyło się życie Janusza Korczaka. Nie tak odeszli jego podopieczni. Śmiałe zakończenie u Wajdy było tezą sugerującą, że miłość i zrozumienie bliźniego potrafią przetrwać najgorszą próbę. My nie siedzimy w zamkniętych wagonach i nikt nas nie wiezie na zatracenie (na pewno nie w tym ostatecznym sensie), na pewno jednak ktoś, mówiąc o holokauście nienarodzonych, usiłuje manipulować naszym sumieniem. W dyskursie, jaki nas czeka, padnie wiele argumentów. Życie odmieniane będzie przez śmierć, a morderstwo przez ratunek. Pytanie, jak w tym szaleństwie znaleźć bezpieczną bocznicę i te wartości, o których nauczał stary doktor Korczak.