"Dotarliśmy na 7200-7300 metrów i po prawie 10 dniach spędzonych u góry zeszliśmy do bazy. Byliśmy wysoko, mamy górę przygotowaną, więc trochę żal, ale prawda jest taka, że teraz - z powodu pogody - będą dwa tygodnie czekania. Nic nie wskazuje na to, żeby była jakaś dobra prognoza i szansa na wyjście, a 7 lutego wracamy do domu" - mówią Marek Klonowski i Paweł Dunaj, którzy wraz z pięcioma innymi Polakami, w ramach wyprawy "Nanga Dream", od południowej flanki Rupal próbują dokonać pierwszego zimowego wejścia na Nanga Parbat. Już wcześniej swoje wyprawy zakończyli pozostali polscy himalaiści - Tomasz Mackiewicz, który wspinał się z Francuzką Elisabeth Revol oraz duet Adam Bielecki i Jacek Czech. Na północno-zachodniej flance Diamir pozostał włoski zespół Simone Moro i Tamara Lunger oraz międzynarodowy skład pod kierownictwem Baska Alex Txikona. Jak donoszą jednak Klonowski i Dunaj, z którymi nasz dziennikarz Michał Rodak połączył się przez telefon satelitarny - do ich bazy dotarła nowa, niezapowiadana wcześniej wyprawa Amerykanki Cleo Weidlich, której towarzyszy trzech Nepalczyków.

Zobacz więcej zdjęć z wyprawy Nanga Dream!

Michał Rodak: Po waszym ostatnim wyjściu w górę, cały zespół jest już bezpiecznie w bazie?

Marek Klonowski: Jesteśmy na dole, pada śnieg... Zeszliśmy przedwczoraj w nocy.

Paweł Dunaj: Zaczęliśmy schodzić rano i zeszliśmy o godzinie 21. 11 godzin schodzenia.

Pojawiały się informację, że udało wam się dotrzeć na wysokość 7500 metrów. Potwierdzacie?

MK: Nie, osiągnęliśmy 7200-7300 metrów. Mamy całą górę zaporęczowaną. Wszystkie obozy zaopatrzone - C4, C3, C2. Wszędzie jedzenie, wszędzie gaz, wszędzie liny... Spędziliśmy prawie 10 dni w górze. Byliśmy bardzo wysoko. Przespaliśmy się na 7000 metrów... A w między czasie w bazie pojawiła się nowa ekipa. Przyjechała Amerykanka z trzema Nepalczykami, którzy twierdzą, że na 7000 metrów wbiegają bez problemów. Przywieźli ze sobą jeszcze dużo więcej lin. W takim składzie - 4-5 dni pogody i kto wie...

Teraz są w bazie i czekają?

MK: Tak, jutro zaczynają.

Wiecie o niej więcej?

MK: Podobno jest znana. Od kilkunastu lat chodzi po 8-tysięcznikach. Stać ją na zabranie ze sobą trzech Nepalczyków, którzy jej pomagają, sama sobie ogarnia pogodę i sama jest sobie kierownikiem. I mówi, że "góra ją wezwała" i że planowała to od kilku lat. Nikt o niej nie wie, a my nawet jeszcze nie znamy jej nazwiska.

PD: Przedstawia nam się tylko jako Cleo (To 53-letnia Cleo Weidlich - przyp. red.). Była na Kanczendzondze (zdobyła ją jako pierwsza Amerykanka - przyp. red.), na Annapurnie, na Nanga Parbat z Arturem Hajzerem (w 2010 roku - przyp. red.), na Lhotse... To jakaś lepsza liga. Byliśmy wczoraj na kolacji, oficjalnie się poznaliśmy. To najlepsze, że nikt o niej nic nie wie. Ze strony Diamir też nic nie wiedzą, że tu się pojawiła kobieta z trzema silnymi Nepalczykami.

Cztery dni temu pojawiła się w bazie, gdy my jeszcze byliśmy na górze. Dostaliśmy informacje od "Dzika" (Michał Dzikowski - przyp. red.), że idzie do bazy 40 porterów, 40 osiołków i nie wiadomo, o co chodzi. Potem się okazało, że to idzie ekspedycja amerykańsko-nepalska.

Ostatnio udało nam się połączyć 11 stycznia. W międzyczasie schodziliście do bazy?

MK: Rozmawialiśmy, gdy byliśmy w obozie drugim. Później zeszliśmy, bo przegonił nas wiatr, wróciliśmy i wykończyliśmy... Z obozu drugiego doszliśmy do "trójki" i potem założyliśmy obóz czwarty. W obu miejscach mamy super jamy. Paweł odnalazł depozyt sprzed dwóch lat, więc mieliśmy w "trójce" ekstra zaopatrzenie żywnościowo-gazowe. W trójkę z "Kudłatym" (Paweł Witkowski - przyp. red.) tam działaliśmy. Raz z nim wyszedłem na 7000 metrów i wróciliśmy na dół. Później razem z Pawłem wyszliśmy i założyliśmy C4. Następnego dnia ruszyliśmy wyżej, ale nie było za dużo powera. Weszliśmy mniej więcej na wysokość grani Mazeno i zaczęło lekko powiewać. Ja mam lekko odmrożony nos. Stwierdziliśmy, że schodzimy, bo już mieliśmy kontakt ze stroną Diamir i tam prognoza pogody też była niekorzystna.

Alex Txikon wspinający się od tamtej strony pisał kilka dni temu, że udało mu się z wami połączyć.

MK: Tak, fajnie się z nimi gadało. Bardzo miłe przyjęcie. My już ich słyszeliśmy od dłuższego czasu, ale oni dopiero nas usłyszeli, gdy wyszliśmy wyżej.

PD: U nich na Diamirze na radiu jest "sajgon". Języków jest tyle, że pół świata można usłyszeć (śmiech).

Jakie macie dalsze plany? Zaczęły się pojawiać niepotwierdzone informacje, że kończycie wyprawę i wracacie.

MK: Nie wiem, czy już oficjalnie cokolwiek chcemy teraz mówić na ten temat... Niby teraz dwa tygodnie będzie fatalna pogoda - wtedy jest już po temacie. Na razie zeszliśmy przedwczoraj. Wczoraj powitanie z Amerykanką i taki dzień luźniejszy... Dzisiaj tak naprawdę powoli ogarniamy się po zejściu. Byliśmy wysoko, mamy górę przygotowaną, więc trochę żal, ale prawda jest taka, że teraz jest okres czekania. Przez dwa tygodnie na pewno nie będzie wyjścia, a jeszcze tak zabezpieczonej i tak zaopatrzonej góry do tej pory nie mieliśmy. Do 6600 metrów położone liny, więc lecimy tam z bazy praktycznie w jeden dzień. Jeszcze z tymi Nepalczykami... Gdyby wypuścić ich przodem, niech przetrą szlak i po temacie (śmiech). A oni idą rzeczywiście jak burza.

PD: Przedwczoraj doszli do obozu pierwszego. Z bazy wyruszyli w dobrym tempie, chyba w dwójkę. Dodatkowo Amerykanka przywiozła jeszcze 2 czy 3 kilometry lin. To można poręczować po samiutki szczyt...

MK: Puszczamy ich przodem, niech się zmęczą do 6000 metrów, przetrą szlak, a my sobie za nimi możemy wlecieć (śmiech), ale prawda jest taka, że nic nie wskazuje na to, żeby była jakaś prognoza i szansa na wyjście, a 7 lutego wracamy do domu. Każdy z nas ma pracę.

W trzecim naszym wyjściu zabrakło nam podejścia do obozu trzeciego. Doszliśmy tylko na 6000 metrów i tam utknęliśmy przez wiatr... Nie jesteśmy taką wyprawą, która może pozwolić sobie na to, żeby tutaj siedzieć i czekać, ale gdybyśmy mieli za 2 tygodnie pewność okna pogodowego i kilka tysięcy dolarów, to kto wie. Paweł tutaj ostro wczoraj się szarpał i mówił: "Tyle roboty wykonaliśmy i musimy to dokończyć". Wszystko jest zaopatrzone i przygotowane. Śmiesznie będzie, jak zostawimy to tej Amerykance, ale podejrzewam, że może są mocni, ale zima ich wykończy i pogoda ich w lutym nie będzie rozpieszczać.

PD: Biorąc pod uwagę, co obserwowaliśmy 2 lata temu, to w lutym już się nie da. W marcu będzie się jeszcze dało, ale luty to jest opad śniegu.

Czołowy himalaista świata w RMF FM: Nie chcę wspinać się z kimś, kto myśli tylko o wejściu na szczyt

Wejście na Nanga Parbat zimą – to wciąż niespełnione marzenie himalaistów. Czołowi wspinacze świata znów pojawią się w bazach pod „Zabójczą Górą”, by zmierzyć się z drugim, obok K2, z ostatnich dziewiczych w zimie 8-tysięczników. Spora będzie grupa Polaków, a jeden z nich - Janusz Gołąb - znalazł... czytaj więcej

MK: Tu jest teraz czekanie do marca. Myślę, że Alex i jego ekipa wiedzą o tym i oni czekają na marzec, tak jak w zeszłym roku. Zobaczymy, ile im nasypie śniegu. My do marca nie będziemy tutaj czekać...

Jest żal.

MK: Mamy teraz taki zespół! "Kudłaty" do nas w tym roku dołączył... Od razu wchodzi na 7000 metrów i jest super kompanem. My z Pawłem już chodzimy w ciemno.

Stworzyła się zgrana ekipa.

MK:
I zostawiamy tutaj wszystko... Poszło szybko, mieliśmy też w tym roku inny styl. Pobudki o godzinie 4, o godzinie 7 byliśmy na nogach. Każdą chwilę słońca, każdą sekundę od pierwszych godzin zimy wykorzystaliśmy. Nie było marnowania czasu, siedzenia. Zupełnie na sportowo. Cały czas szybko, wszędzie liny. Wiedzieliśmy, co robimy.

Środowisko himalajskie raczej was nie doceniało.

MK: My jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Robimy swoje. Robimy to, co lubimy. Kręci nas to i działamy coraz szybciej. W tym roku przeskok z obozu wysuniętego nad bazą - ABC - do C2 pokonaliśmy w jeden dzień. To są rzeczy, których nawet 2 lata temu na tej drodze nie robił Simone Moro.

Zabrakło nam farta w trzecim wyjściu, kiedy wiatr pokonał nas na grani. Siedzieliśmy tam sześć nocy i nie mogliśmy się przedostać z 6000 metrów na 6600. Później doszliśmy na 7000, spędziliśmy tam noc w temperaturze minus 40 stopni i następnego dnia już nie ma takiego zrywu.

Pogoda w tym roku to przez sześć dni była po prostu "petarda". Wydawało nam się na początku, że będą cztery dni, a potem zrobiły się jeszcze dwa, ale prawidłowo powinno się wyjść na 7000 metrów, zejść odpocząć i wtedy myśleć o szczycie, bo inaczej to jest zbyt duże ryzyko, że odetnie ci prąd. My już podejrzewaliśmy, że to będzie ostatnie wyjście. Znamy tę pogodę tutaj. Jest powtarzalna co roku. Styczeń to jedyny miesiąc i początek marca, a im dalej w marzec tym słabszy styl wejścia zimowego.

Czyli za rok wracacie.

MK: Za rok wracamy.

PD: Jaki rok? Za 10 miesięcy!