"Współczesny system edukacji został zaprojektowany sto lat temu. Musimy go teraz przenieść do zupełnie nowych warunków, do nowej epoki kształcenia" - mówi RMF FM Stephan Turnipseed, wiceprezes Destination Imagination, organizacji edukacyjnej, która w tym roku współorganizowała we Wrocławiu Międzynarodową Olimpiadę Kreatywności. Jego zdaniem, świat zmienia się tak szybko, że na reformowanie edukacji nie mamy już czasu, trzeba ją wymyślić od nowa. W rozmowie z Grzegorzem Jasińskim przekonuje, że trzeba zmienić system kształcenia nauczycieli, a tym, którzy już pracują, dać wolność uczenia tak, jakby chcieli, jak oczekują tego uczniowie. Jego zdaniem, nowa edukacja musi nauczyć dzieci... uczyć się i w ten sposób przygotować je do życia w warunkach, których my nie jesteśmy jeszcze nawet w stanie sobie wyobrazić.


Stephan Turnipseed - część 1. rozmowy

Grzegorz Jasiński: Czy jesteśmy gotowi na nową edukację epoki internetu? Czy pomagamy naszym dzieciom uczyć się w tych skomplikowanych czasach? 

Ogólna odpowiedź brzmi: mam nadzieję, że tak. To oczywiście zależy, gdzie mieszkamy. Są kraje, które radzą sobie z edukacją znacznie lepiej niż inne. W tej chwili mamy przed sobą proces zmiany myślenia, przekonania ludzi, rodziców, że choć nasz system edukacji się nie zawalił, pracuje w sposób, w jaki go stworzono, to jednak został zaprojektowany sto lat temu. Musimy go teraz przenieść do zupełnie nowych warunków, do nowej epoki kształcenia. W wielu miejscach następuje to szybciej, w innych niespecjalnie. Najważniejsze, byśmy dostrzegli potrzebę zmian. Nie chodzi o to, by mówić o kryzysie, ale raczej o szansie na przełom. Myślę, że ten sposób myślenia zaczyna pojawiać się w wielu miejscach na świecie.

Jakie są te najpilniejsze, konieczne zmiany? Jaki typ edukacji powinien pojawić się w najbliższych latach, by skutecznie przygotować młodych ludzi do życia już w połowie XXI wieku?

W naszym Partnerstwie Na Rzecz Edukacji XXI Wieku (The Partnership for 21st Century Learning) przygotowaliśmy model, który w języku angielskim nazywamy 4C - kreatywność, myślenie krytyczne i rozwiązywanie problemów, komunikacja i współpraca (creativity, critical thinking and problem solving, communication and collaboration). To są konieczne dla sukcesu umiejętności, które umożliwią wejście w przyszłość pod hasłem "od wyobraźni po innowacje". By to mogło się zrealizować musimy mieć nowy pomysł na edukację. Uczestniczymy w programie, który nazywa się "Education Reimagined", stworzonym przez jeden z think-tanków w Waszyngtonie i zmierzającym do budowy takiego nowego modelu. Ten model zawiera 5 punktów. Nie wszystko musi być dokładnie takie, jak one, ale te 5 punktów daje pewne wskazówki. Pierwszy stanowi, że edukacja musi służyć zdobywaniu umiejętności, nie zaświadczeń, czy stopni. Jeśli tak, musi być indywidualna, odpowiednia i kontekstowa dla każdego dziecka. Każde dziecko powinno się uczyć w otoczeniu, które jest dla niego najbardziej efektywne. Kiedy mówisz do dzieci, angażujesz je, ich opinie powinny mieć znaczenie, zaangażowanie ucznia staje się bardzo istotne. Nie tylko powinniśmy uczyć dzieci, ale uczyć z dziećmi. Jeśli tak postępujemy, widzimy, że edukacja ma swoje społeczne uwarunkowania. Dzieci spędzają  w szkole tylko 20 procent czasu, ale przez pozostałe 80 procent czasu też się uczą i to też musimy wykorzystywać. Edukacja nie może być zamknięta w szkole, musi wykorzystywać i te 20 procent czasu w szkole i te 80 procent czasu poza szkołą. Środowisko, w którym spędzają czas powinno im to umożliwiać. Tak sobie to wyobrażamy i myślę, że w tym kierunku powinniśmy zmierzać. 

Wspomina pan o tym społecznym wymiarze edukacji, ale życie społeczne młodych ludzi toczy się teraz gdzie indziej, w sieci, na portalach społecznościowych, przy użyciu narzędzi jeszcze 20 lat temu trudnych do wyobrażenia. Czy my, starsi możemy im coś zaproponować w odniesieniu do świata, który może sami nie do końca rozumiemy?

Myślę, że dorośli i osoby starsze nie powinni się przejmować tym, że w czymś nie są ekspertami. Doświadczenie pokazuje, że edukacja reaguje na zmiany, a my w XXI wieku będziemy się zmieniać tysiąc razy szybciej, niż w XX wieku. To tak, jakby budować Wielki Chiński Mur w dwa miesiące, zamiast 200 lat. To czego powinniśmy się uczyć od młodych, to wykorzystywania internetu i nowych technologii, w zamian możemy im oferować mądrość i doświadczenie. Z młodymi możemy wymieniać się wiedzą za energię. Jak mówię swoim młodym pracownikom: wy macie mnóstwo energii, jak już dość długo na tym świecie żyję, mam duże doświadczenie, pracujmy wspólnie. Myślę, że ten bezprecedensowy dostęp do internetu jest kluczowy dla takiej zmiany edukacji, by była właśnie dla dzieci. One mogą się uczyć w dowolnym miejscu, w dowolnym czasie, w dowolnym tempie i dowolnym sposobem. Ci, którzy zajmują się organizacją edukacji muszą zrozumieć, że to iż dzieci uczą się inaczej, niż myśmy się uczyli, nie oznacza, że robią to źle. Robią to po prostu inaczej.

Czy musimy w takim razie sugerować im coś więcej, niż to, że powinni być w zasięgu internetu? Czy potrzebują jeszcze jakiejś dodatkowej wiedzy, jak to było jeszcze w XX wieku? Czy po prostu musimy przyznać, że nic już nie będzie takie, jak dawniej?

Nie sądzę, byśmy musieli przyznawać, że nic już nie będzie takie, jak dawniej. Musimy po prostu trochę inaczej popatrzeć na to, co nazywamy wiedzą. Wcześniej wiedza była tym, co byliśmy w stanie zapamiętać. Teraz wiedza jest raczej umiejętnością zdobywania tamtej wiedzy. Wciąż ważna jest znajomość historii, kultury, inaczej nie sposób być dobrym obywatelem, uczestnikiem życia publicznego w miejscu, gdzie się żyje. Wciąż ważna jest znajomość matematyki, języka, wszystko to wciąż ma znaczenie. Ale teraz szczególnie ważne jest, by nauczyć się... uczyć i jeśli jest okazja czegoś nowego się nauczyć, wiedzieć, jak do tego podejść. Są szacunki wskazujące, że 65 procent miejsc pracy, które będą dostępne dla dzisiejszych 6-latków, jeszcze nawet nie wymyślono. Oszukujemy się, jeśli myślimy, że jesteśmy w stanie przygotować ich do czegoś, czego sami nawet jeszcze nie jesteśmy w stanie opisać. Moim zdaniem, nasza rada dla młodych powinna być prosta: wykorzystujcie dostępną technologię, ale nie lekceważcie podstawowej wiedzy, znajomości tego, co jest prawdą, a co nie, bo to wciąż ma znaczenie. A potem, na tej podstawie można rozszerzać wiedzę na kolejne obszary, które będą was interesować, zdobywać wolność formułowania nowych idei, uczenia się nowych idei, także... popełniania błędów. I to popełniania błędów konstruktywnie, bez presji krytycznych ocen.

Czy szkoły potrzebują więc zmiany, reformy, czy aż rewolucji?

Nie sądzę, by zmianę, która jest konieczna można było zaplanować, przeprowadzić krok po kroku. Nasz system edukacji musimy raczej wymyślić na nowo, a nie zreformować. Działania reformatorskie, zmiana praktyki nauczania zajmuje zbyt dużo czasu, co najmniej 10-20 lat. My nie mamy tyle czasu. Zmiany wokół nas postępują tak szybko, że my naprawdę musimy na nowo określić, jak ten system ma wyglądać. Musimy opracować nowe strategie dla dzieci, które uczą się na różny sposób. 20 procent z nich wystarczy, że na lekcji słuchają, co się do nich mówi. To jest zupełnie w porządku. Kolejnych 20 procent lub nieco więcej najlepiej uczy się przez praktykę, muszą mieć taką możliwość. Niektórzy najlepiej uczą się uczestnicząc w różnego rodzaju projektach, jeszcze inni w pracy zespołowej. Musimy w samej szkole otworzyć się na wszystkie te formy, dopiero wtedy dzieciaki będą miały prawdziwy wybór.

Stephan Turnipseed - część 2. rozmowy

Sytuacja w USA i Europie oczywiście różni się, ale czy pańskim zdaniem, tak najogólniej, mamy nauczycieli, którzy są na taką zmianę gotowi? Czy raczej musimy zacząć od edukacji samych nauczycieli?

Odpowiedź musi składać się z dwóch części. Po pierwsze, musimy zmienić sposób kształcenia nauczycieli. Teraz uczymy ich tego, czego uczyliśmy sto lat temu. Musimy to zmienić i to zmienić natychmiast. Musimy też pracować z nauczycielami, którzy są w szkołach, chcieliby pracować inaczej, ale boją się zmian. Musimy dać im powody, dla których mieliby to zmienić, ale też wolność dokonywania tych zmian. Bardzo często nauczyciele nie decydują się prowadzić lekcji w taki sposób, jakby chcieli, jak oczekiwaliby uczniowie, bo biurokracja im na to nie pozwala. To też musi się zmienić. Jestem przekonany, mocno w to wierzę, że powinniśmy korzystać z zabawy jako narzędzia nauki. Zabawa jest częścią nas, jest naturalna, nie musimy jej ćwiczyć. Powinniśmy ją wykorzystywać. Jeśli pozwolimy dzieciom się bawić, jeśli nauczyciele będą w tej zabawie uczestniczyć, jeśli uda nam się wyzwolić sale lekcyjne, to z czasem stanie się normalne i pomocne. Ludziom można zaufać, jeśli znajdą się w odpowiednim otoczeniu zorientują się jak trzeba postępować. 

Niektórzy uważają, że edukacja powinna jednak wbudować w mózg naszych dzieci pewnego rodzaju odporność na sytuacje nadzwyczajne, kiedy nie będzie zasięgu sieci, nie będzie internetu. Czy raczej już uznajemy, że sieć będzie z nami zawsze i wszędzie?

W wielu miejscach niestety tak właśnie się uważa. Bądźmy szczerzy. Ale ja podkreślam, że jeśli będziemy się koncentrować na potrzebach dzieci, uczyć je, jak się uczyć, jak zdobywać wiedzę, jak budzić w sobie tę kreatywność, krytyczne myślenie, zdolności komunikowania się i współpracy, kiedy nauczymy je pracy w zespole, dostępność internetu będzie mniej ważna. One będą umiały wykorzystać to, co w danej chwili będzie dostępne. W naszym projekcie "Destination Imagination" mamy zespoły, które praktycznie nie mają do dyspozycji niczego i potrafią znajdywać fantastyczne sposoby rozwiązywania problemów. To taki świat, w którym musimy pozwolić dzieciom się znaleźć. On nie jest związany z żadną konkretną technologią, zależy od zdolności działania w oparciu o to, co jest dostępne i rozwiązywania problemów. Nie możemy wykluczyć, że znajdą się w sytuacji gdzie nie będzie wi-fi i internetu, a będzie co innego, i musimy je na to przygotować. Myślę, że przygotowujemy choćby dając im do wykonania zadania, pozwalając sobie z nimi radzić. Czasami też… nie radzić. 

Czasem obserwując współczesny świat trudno na jego przykładzie pokazać dzieciom, jak powinny postępować. Kreatywność? Owszem. Konkurencja? Z pewnością? Współpraca? Niekoniecznie. Czy mamy taki model we współczesnym świecie, by pokazać dzieciom - skopiujcie to? 

Chciałbym móc powiedzieć, że istnieje przepis, z którego wszyscy mogliby skorzystać. Ale oczywiście nie ma. Pewnym przybliżeniem są te punkty, o których mówiłem, jakaś ich mieszanka pewnie byłaby do zrealizowania. Co do współpracy, musimy szanować się nawzajem i mieć zdolność dzielenia się. Jeśli nauczymy się tego szacunku do drugiego człowieka, a uczymy się go w szkole, na placu zabaw, będziemy zdolni nauczyć się tego, jak się dzielić. Jeśli będziemy się umieli dzielić, możemy mieć różne odpowiedzi na dany problem. W wielu miejscach się to udaje, w wielu nie. 

Jest pan wielkim zwolennikiem praktycznej, interaktywnej nauki. Dla większości młodych ludzi oznacza to już dotknięcie palcem ekranu smartfona czy tabletu. Raczej nie chce im się praktycznie niczego konkretnego zrobić, wykonać. Czy można to zmienić, zatrzymać, obejść, oderwać ich od ekranów dotykowych?

Oczywiście tak, absolutnie. Wyzwanie, które przed nami stoi polega na tym, że jako dorośli zawsze szukamy jakiegoś cudownego rozwiązania. Kiedyś radio miało zrewolucjonizować nauczanie. Tak się nie stało. Telewizja miała zrewolucjonizować nauczanie. Nic z tego. Płyty kompaktowe, nagrywarki DVD miały zrewolucjonizować nauczanie. Skąd. Komputery? Nie. Internet? Też nie. Jedynym co kiedykolwiek wywarło znaczący wpływ na szkołę są... nauczyciele. Jeśli skoncentrujemy się na nauczycielach, by byli najlepsi jak to tylko możliwe, pomożemy dzieciom zrozumieć, że komputer z dotykowym ekranem to tylko narzędzie. Narzędzie takie samo jak... ołówek, czy kawałek kamienia, mnóstwo przedmiotów, które nas otaczają. Technologia nie jest najważniejsza, trzeba używać narzędzi, które w danej chwili są dostępne. Często najlepsze z tych narzędzi to nie są te najnowsze. Nauczyciel musi to pokazać. 

Stephan Turnipseed - część 3. rozmowy

Oczywiście jest taki element edukacji, którego uczniowie nie lubią, który jest jednak konieczny, by wiedzieć, czy się faktycznie czegoś uczą. To sprawdzanie wiedzy. Niektórzy uważają jednak, że z tymi wszystkimi testami poszliśmy już za daleko. czy sądzi pan, że można i trzeba tu coś zmienić?

Testowanie i ocena postępów w nauce to terminy, których chciałbym używać oddzielnie. Test, to coś przy czym siadamy, co wypełniamy, zwykle dotyczy nauki pamięciowej. Zaznaczamy te kwadraciki, wrzucamy w szablon i w jakiś sposób uznajemy, że wyznacza to, co umiemy. Ocena postępów zakłada pewną interakcję, która pomaga poznać stan wiedzy. Często te dwie sprawy mylimy. Niestety w związku z tym, że w USA i wielu innych krajach postawiono na testy, praktyka odsunęła się od tej w miarę obiektywnej oceny, która zakładała współdziałanie na rzecz lepszej nauki. Postawienie na testy, zwłaszcza te decydujące o dostaniu się na kolejne szczeble nauki, to prawdopodobnie najgorsze, co mogliśmy zrobić. To postawiło wysoką poprzeczkę, sprawiło, że sytuacja stała się zero-jedynkowa, albo przejdziesz, albo nie zdasz. Dlatego zaczęliśmy uczyć dzieci, jak przejść test. Niestety, gdy idziesz w dorosłe życie, nikt nie ma pracy dla mistrzowskich wypełniaczy testów. Nie można odpowiadać na pytania wypełniając kratki, negocjować - stawiając krzyżyki. To w życiu tak nie działa. W ten sposób więc stworzyliśmy naszym dzieciom w szkole fałszywy świat. Wychodzą potem z tego świata "testowania i karania" w świat rzeczywisty i zaczynają ponosić porażki, bo nic nie wygląda dłużej jak szkoła. Rzeczywiście, nic nie wygląda tak, jak szkoła, poza... samą szkołą. Pojawia się pytanie, jeśli chcemy przygotować dzieci do bycia pracownikami i obywatelami, dlaczego stworzyliśmy szkołę, która zupełnie tego świata nie przypomina. Oczywiście testy, zmierzające do oceny pracy samej szkoły, czy całego systemu szkolnego, nie są całkiem złe. Potrzebujemy ich do pewnego stopnia. Ale testowanie, jak u nas, każdego ucznia, co rok, z czterech przedmiotów, by określić, kim są jest całkowicie bezsensowne. W gruncie rzeczy nie takie były tego intencje.

Jeszcze jedno pytanie, dotyczące sprawy, o której akurat w Polsce dużo dyskutujemy. Od jakiego wieku dzieci powinny zaczynać edukację? Czy powinno się zaczynać wcześniej - od 6 lat, od 5? 

Wiele zależy od tego, jaka jest w danym kraju tradycja. W niektórych małe dzieci masowo posyła się do żłobków i już tam czegoś się uczą. W innych krajach nikt by nie zaakceptował posłania dziecka do szkoły przed 7 rokiem życia. Tam oczekuje się, że będzie więcej czasu na bliskość z rodziną. Jestem głęboko przekonany, że obie te odpowiedzi są w porządku, ale żadna z nich nie jest całkowicie poprawna. Kluczowa sprawa polega na tym, byśmy pozwolili dziecku uczyć się w sposób, do jakiego my ludzie jesteśmy stworzeni. Jeśli to dłużej odbywa się w domu i są takie możliwości, w porządku. Jeśli odbywa się to w placówce edukacyjnej, to też dobrze - szczególnie, jeśli oboje rodzice pracują. Ale nie w porządku jest na przykład zmuszanie 4-latka, by zdawał test do kolejnej klasy. To nie jest w porządku i to przyniesie nam dalsze problemy. W niektórych stanach mojego kraju są testy dla 5-latków przychodzących z przedszkola - to szaleństwo, to nie ma żadnego sensu. Podstawowe pytanie brzmi bowiem, czy dziecko jest już w stanie się uczyć, jest w stanie wejść w ten system. To nie jest bezpośrednio związane z wiekiem, raczej z tym, jak się rozwija. Każdy kraj musi stworzyć jakiś system, wyznaczyć jakąś granicę. Jeśli zaczyna wcześniej, z 4-5-latkami, musi pamiętać, że nauka na początku jest głównie zabawą, okazją do społecznego i emocjonalnego rozwoju. To okres uczenia się bycia człowiekiem, tej umiejętności dzielenia się, relacji z innymi ludźmi, bardziej, niż czytania liter i rozpoznawania cyfr. Nie ma wyjścia, władze poszczególnych krajów muszą podejmować decyzje. Nie róbmy tego jednak tylko po to, by maluchy miały okazje przejść jeszcze jeden test.

Wspominał pan o tym, że nie mamy na te wszystkie zmiany zbyt wiele czasu. Zapytam więc, czego możemy spodziewać się już za 5 - 10 lat. Czy w tym czasie edukacja w zachodnim świecie znajdzie się w miejscu, w którym chciałby ją pan widzieć?

Wierzę w to, że jest taka szansa. Ufam w zdolności człowieka, naszą wewnętrzną dobroć, która pozwoli nam uczynić to, co właściwe. Wierzę, że takie duch w nas wciąż istnieje. By wzmocnić w sobie tego ducha, by pójść naprzód musimy sobie uświadomić, że gospodarka się zmienia, że bezrobocie technologiczne to coś całkiem realnego. Automatyzacja naprawdę zabiera ludziom pracę. Jako społeczeństwo musimy się zastanowić, co zrobimy z naszą kreatywną młodzieżą. Jeśli mamy dobrze wykształconych, energicznych, kreatywnych młodych ludzi i nie będziemy mieli pomysłu, czym mieliby się zająć, co robić, ryzykujemy, że będą rozczarowani, sfrustrowani, niepewni własnej przyszłości. Jako społeczeństwo, w takim szerokim, ogólnoświatowym znaczeniu musimy temu stawić czoła, otworzyć możliwości. Czy w ciągu 5-10 lat to się uda? Prawdopodobnie nie. Czy w ciągu 5-10 lat edukacja będzie lepsza? Na pewno tak. Gdziekolwiek jadę, widzę te zmiany. Nauczyciele, rodzice, uczniowie chcą więcej, chcą lepiej. Jeśli zrozumiemy, że te dzieci to przyszłość, to fundament, na którym cala przyszłość powstanie, to będzie najsilniejsza motywacja...