Sprawa Michaela Flynna, który został poproszony przez prezydenta USA Donalda Trumpa o rezygnację ze stanowiska doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego, to kwestia zaufania, a nie kwestia prawna - oświadczył rzecznik Białego Domu Sean Spicer. Flynn podał się do dymisji po ujawnieniu przez "Washington Post" jego rozmów z rosyjskim ambasadorem Siergiejem Kislakiem nt. amerykańskich sankcji wobec Rosji. Na Twitterze do sprawy odniósł się również Donald Trump, który wyraził pogląd, że do rezygnacji Flynna przyczyniły się liczne "nielegalne przecieki z Białego Domu".

Po lewej: prezydent USA Donald Trump (fot. SHAWN THEW), po prawej: Michael Flynn (fot. Andrew Harrer/POOL) /PAP/EPA

Rzecznik Białego Domu powiedział dziennikarzom, że zaufanie prezydenta Donalda Trumpa do jego doradcy stopniało do tego stopnia, że postanowił poprosić go o rezygnację z zajmowanego stanowiska.

Spicer dodał, że albo Flynn wprowadził wiceprezydenta Mike'a Pence'a w błąd ws. szczegółów swoich rozmów z Siergiejem Kislakiem, albo zapomniał powiedzieć mu o "kluczowych szczegółach".

Tym samym - jak stwierdził rzecznik Białego Domu - Flynn stworzył "masę krytyczną i niepożądaną sytuację".

Spicer zastrzegł, że Flynn nie miał żadnych instrukcji od Donalda Trumpa, by rozmawiać z rosyjskim dyplomatą o sankcjach.

Prezydent USA skomentował sprawę w krótkim wpisie na Twitterze. Prawdziwym zagadnieniem jest pytanie, dlaczego mamy tyle nielegalnych przecieków z Waszyngtonu? Czy takie przecieki będą miały miejsce, kiedy będę się zajmował Koreą Północną itd.? - napisał:


Taki kontekst dymisji Flynna podchwyciły przyjazne Trumpowi media i kongresmani.

Konserwatywny portal Breitbart, którego szefem był w przeszłości Steve Bannon - obecnie jeden z najbliższych doradców prezydenta, tłumaczy, że bezprecedensowa liczba przecieków, z jakimi boryka się administracja Trumpa, jest spowodowana faktem, że we wszystkich kluczowych agencjach federalnych dominują pracownicy zatrudnieni jeszcze w okresie ośmioletnich rządów Baracka Obamy. Ta rzesza pracowników rządowych, chronionych przed utratą stanowisk przepisami o służbie cywilnej, dominuje wśród pracowników Rady Bezpieczeństwa Narodowego, Federalnego Biura Śledczego (FBI) i departamentu sprawiedliwości, skąd pochodziła większość nielegalnych przecieków.

Dlatego m.in. kongresman Davin Nunes, republikanin z komisji wywiadu Izby Reprezentantów, wezwał we wtorek do przeprowadzenia śledztwa ws. tego, kto był autorem przecieków.

Rosyjscy politycy o rezygnacji Flynna: Rusofobia opanowała administrację

To gorsze od paranoi – tak członek rosyjskiej Rady Federacji Konstantin Kosaczow określił dymisję Michaela Flynna w związku z jego kontaktami z ambasadorem Rosji. Zdaniem innego rosyjskiego parlamentarzysty Aleksieja Puszkowa dymisja wymierzona jest w relacje z Rosją. czytaj więcej

Z kolei zdaniem przeciwników Trumpa, sugestie dot. nielegalnych przecieków są próbą odwrócenia uwagi od najważniejszego zagadnienia, jakim jest zakres i natura kontaktów administracji Trumpa z władzami rosyjskimi - z prezydentem Władimirem Putinem na czele.

Zdaniem wielu komentatorów, prezydent-elekt (rozmowy Flynna z rosyjskim ambasadorem w Waszyngtonie miały miejsce jeszcze przed zaprzysiężeniem Donalda Trumpa) i jego doradcy wiedzieli o tych rozmowach.

Przeciwnicy prezydenta - w tym przywódczyni demokratycznej mniejszości w Izbie Reprezentantów Nancy Pelosi - wezwali do powołania niezależnej komisji Kongresu do zbadania związków administracji Donalda Trumpa z Rosją. Jak jednak wskazują obserwatorzy polityczni, to republikanie, a nie demokraci, kontrolują obie izby Kongresu, więc szanse na realizację propozycji Pelosi są niewielkie.

Co ujawnił "Washington Post"

Rezygnację Michaela Flynna - emerytowanego generała piechoty morskiej i byłego dyrektora Agencji Wywiadu Departamentu Obrony USA - poprzedziła bezpośrednio publikacja w internetowym wydaniu "Washington Post".

Dziennik podał, że pod koniec stycznia p.o. prokurator generalna Sally Yates poinformowała wysokiej rangi urzędników Rady Bezpieczeństwa Narodowego i radcę prawnego Białego Domu Donalda McGahna, że Flynn zataił przed najbliższym otoczeniem prezydenta Trumpa tematykę swoich rozmów z ambasadorem Kislakiem.

Zdaniem Yates, podając częściowo nieprawdziwy opis swoich rozmów z rosyjskim dyplomatą, Flynn naraził się na możliwość szantażu ze strony władz w Moskwie.

Z opinią Yates zgodzili się pod koniec urzędowania Baracka Obamy dyrektor wywiadu James Clapper i ówczesny szef CIA John Brennan.

Cytowani anonimowo przez "Washington Post" byli i obecni przedstawiciele władz federalnych wyrażali przekonanie, że wiceprezydent Mike Pence został wprowadzony przez Flynna w błąd. Równocześnie jednak nie wykluczyli, że o kontaktach Flynna z rosyjskim ambasadorem wiedzieli inni doradcy prezydenta-elekta z zespołu przejmującego władzę.

Funkcję prezydenckiego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Michael Flynn sprawował przez zaledwie trzy tygodnie i trzy dni - najkrócej w historii.

(e)