Brat pilota samolotu Casa, który rozbił się rok temu pod Mirosławcem, ma propozycję osobistej ochrony. To pierwsza reakcja wojskowej prokuratury w Poznaniu na zeznania złożone przez Andrzeja Smyczyńskiego. Prokuratura zdecydowała też o powołaniu nowego zespołu biegłych, by dokładniej zbadać przyczyny wypadku.

Prokuratura wojskowa w Poznaniu powołuje kolejnych biegłych w sprawie katastrofy pod Mirosławcem, w której rok temu zginęło dwudziestu lotników. Wiadomo, że zawinili ludzie. Jedną z możliwych przyczyn katastrofy była też awaria urządzeń pomiarowych - ustalili reporterzy RMF FM. czytaj więcej

Wiadomo, że była mowa o zastraszaniu mężczyzny. Miało go to zniechęcić do wyjaśniania okoliczności katastrofy. Jednak – jak twierdzi Smyczyński – zastraszeń było więcej. Również wobec mojej rodziny. Złożyłem bardzo obszerne zeznania odnośnie z tych przypadków. Myślę, że złożyłem twarde dowody - powiedział Smyczyński:

Naszym reporterom Smyczyński opisał tylko jeden przypadek; gdy podeszli do niego mężczyźni i pokazując broń zasugerowali, by nie zajmował się więcej Mirosławcem. Pierwsze groźby miał usłyszeć w kwietniu zeszłego roku, ale na razie nie przyjął ochrony. Wydaje mi się, że im głośniej się o tym mówi, tym bardziej jestem bezpieczny - twierdzi brat pilota:

W śledztwie dotyczącym lotniczej katastrofy w Mirosławcu jest też nowy świadek. Prokuratura nie chce jednak ujawnić, kim jest. Jak mówi reporter RMF FM Adam Górczewski, nie jest to przypadek, że ten świadek pojawia się tuż po ujawnieniu przez nas, że powodem tragedii mogą być jeszcze inne – niż tylko ludzkie błędy. W ubiegłym tygodniu śledztwo w sprawie katastrofy zostało przedłużone do 24 kwietnia.

Samolot CASA C-295M rozbił się 23 stycznia w Mirosławcu. Samolot wykonywał lot na trasie Okęcie-Powidz-Krzesiny-Mirosławiec-Świdwin-Kraków, rozwoził uczestników konferencji Bezpieczeństwa Lotów Lotnictwa Sił Zbrojnych RP. Rozbity samolot był jedną z dwóch najnowszych takich maszyn eksploatowanych w naszych siłach powietrznych. Z ustaleń komisji wynika, że samolot był sprawny technicznie. Po tragedii stanowiska straciło pięciu wojskowych bezpośrednio odpowiedzialnych - w ocenie ministra obrony - za decyzje, które doprowadziły do katastrofy.