Saad Sirop Hanna – katolicki biskup obrządku chaldejskiego – został przed laty uprowadzony przez grupę terrorystów powiązanych z Al-Kaidą. Przeżył prawie miesięczną gehennę, którą opisał we wstrząsającej książce „Porwany w Iraku”. Kapłan gości w Polsce i odwiedził studio RMF FM. W wywiadzie z Bogdanem Zalewskim przywołał straszne sceny tortur i upokorzenia, ale też podkreślił rolę chrześcijańskiej wiary, nadziei i miłosierdzia, wartości dla których został kapłanem, a które tak naprawdę uratowały mu życie.

Bogdan Zalewski: Naszym gościem jest biskup Saad Sirop Hanna, autor relacji z pierwszej ręki z porwania w Iraku, kiedy stał się zakładnikiem grupy bojowników powiązanych z Al-Kaidą. Dzień dobry! Szczęść Boże, Ojcze!

Biskup Saad Sirop Hanna: Dzień dobry, Panie Bogdanie.  

Witamy w polskiej rozgłośni RMF FM.   

Dziękuję.

Wywiad z biskupem porwanym przez islamistów. Posłuchaj!

Gdzie, kiedy i dlaczego został ksiądz porwany przez tych terrorystów? Z jakiego powodu?

Tak naprawdę książka o moim porwaniu dotyczy 2006 roku. Stało się to 15 sierpnia w Bagdadzie. Dokładnie w południowo-zachodniej części Bagdadu. Byłem wówczas proboszczem w małej parafii, a także kierowałem pontyfikalnym kolegium filozoficzno-teologicznym Babel, które jest instytutem filozofii i filologii, jedynym takim chrześcijańskim instytutem w Iraku. Tak więc w tym okresie byłem tam szefem, a oprócz tego proboszczem w małej parafii. To była parafia pod wezwaniem św. Jakuba z Nisibis, który jest świętym dla nas - katolików obrządku chaldejskiego. 15 sierpnia, kiedy kończyłem odprawiać Mszę w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i już wracałem na plebanię, obok mnie zatrzymały się trzy samochody. Uprowadziła mnie grupa mężczyzn i przetrzymywała przez 28 dni.         

28 dni w niewoli.

Zgadza się, byłem więziony przez 28 dni. 

Zmagał się ksiądz z groźbami, torturami, presją, by ksiądz porzucił wiarę. Jaki był najgorszy dzień życia w tym czasie i dlaczego?

Jak pan powiedział 28 dni to faktycznie długi okres. I naprawdę wiele wtedy przeżyłem. Byłem torturowany. Zmagałem się z bólem.

Głodem.

Tak. Najgorsza była rozpacz. Czasami czułem się pozostawiony samemu sobie, całkowicie samotny. Czułem, że moje życie zmierza do końca. To były te trudne chwile, które przeżyłem. Najgorsza nie była więc fizyczna przemoc, to że byłem bity, otrzymywałem ciosy. Była też kwestia duchowa, czy psychologiczna ...

Mentalna.       

Tak, nawet mentalna. To też bardzo przeżywałem. Przebywający w samotności, porzucony, zrozpaczony. To, że nie widziałem żadnego wyjścia z sytuacji, przewożony z miejsca na miejsce, w złych warunkach. Tak, myślę, że to były najtrudniejsze dla mnie momenty.

Ale pomogła Ewangelia i Psalmy.

Rzeczywiście. Bardzo. Muszę panu powiedzieć, że tylko wiara pomogła mi przeżyć te dni. Moja wiara i nadzieja. Wiara, nawet wtedy, gdy moja wiara była poddawana ciężkim próbom, kiedy czułem, że Bóg się wycofał, że jest nieobecny. Jednak w różnych momentach czułem, że On daje mi znaki, że On jest tutaj, że mnie nie opuścił, że nie jestem sam. Te znaki przychodziły w różnych chwilach, a także w przeróżnych formach. Czasami były to małe gesty ze strony Boga. Tak jak opisałem w książce, były to sposoby, w jaki traktowali mnie ludzie przez dni mojej niewoli. Czasami czułem, że Bóg jest rzeczywiście ze mną w modlitwie, że daje mi siłę. Wiara trzymała mnie przy życiu, tak że mogłem to przetrzymać, jeszcze i jeszcze i jeszcze, bez całkowitej utraty nadziei. Moja wiara to naprawdę Jezus Chrystus. Zawsze czułem, że On tam jest. Zawsze. Jako wzór, przez to jak przemawia, jak rozmawia. Jego słowa towarzyszyły mi przez cały czas. Zawsze pamiętałem Jego słowa, zawsze pamiętałem, jak mówił. Czasami czułem, że straciłem całą mądrość, właściwy sposób myślenia. Wtedy On dawał mi mądrość w tych trudnych momentach. Dawał mi mądrość, gdy odpowiadałem na pytania, gdy mówiłem. Dawał mi duchową siłę, bym wiedział, co jest dobre w danym momencie. Zawsze.           

   

Dla mnie najbardziej ekscytującym momentem w całej historii była próba uwolnienia się  księdza z więzienia. Prawie utonął ksiądz podczas przepływania rzeki Tygrys, po to by uciec swoim porywaczom. Jak udało się księdzu to zrobić?

Dziękuję za to pytanie. To bardzo dobre pytanie. Zawsze ufałem Bogu, ale także wierzyłem w możliwości człowieka, że jesteśmy w stanie coś osiągnąć. Ponieważ wciąż wierzyłem, że to jest częścią naszego życia. Więc ta moja ucieczka właściwie była próbą uczynienia czegoś, co ja musiałem zrobić. Dlatego, że nie chciałem po prostu tam pozostać i czekać, że stanie się cud. Że skądś nadejdzie. Podjąłem trud zmiany mojej sytuacji. O to chodziło w tej ucieczce. Jeśli zdecydowałem się uciec, to mogło skończyć się to powodzeniem. Mogłem spotkać kogoś, kto mógłby mi pomóc. Coś w tym stylu. W tamtej chwili poczułem, że to jest jedyna rzecz, którą powinienem uczynić. Kiedy już płynąłem na drugi brzeg rzeki Tygrys, w pewnym momencie czułem, że nurt mnie wciąga. Zrzucałem z siebie wszystko, zdjąłem buty z moich stóp, aby ułatwić sobie pływanie. Jednak zdałem sobie sprawę, że całkowicie opuszczają mnie siły, że idę na dno. I wtedy jakaś ręka, albo coś takiego, nie jestem w stanie tego opisać, darowała mi siłę, by dalej płynąć, wypłynąć na powierzchnię wody i zmierzać dalej. I kiedy spojrzałem na drugi brzeg rzeki, który wciąż był daleko ode mnie, może 35, 40, 50 metrów, i starałem się doń dopłynąć, coś mnie popychało, pchało bym kontynuował płynięcie w tamtym kierunku, aż znalazłem się po drugiej stronie rzeki. Pozostałem przez całe godziny w wodzie. Nie wyszedłem na brzeg. Woda porwała mnie z miejsca, gdzie dopłynąłem. Myślałem, że spotkam innych ludzi, którym mógłbym opowiedzieć o swojej sytuacji, ale tak się niestety nie stało. 

Wspomniał ksiądz o metafizycznym czynniku. Jednak w młodości był ksiądz piłkarzem. Napisał ksiądz w swojej książce, że miał szczupłą, muskularną sylwetkę. Czy sport pomógł księdzu przepłynąć taki długi dystans, będąc głodnym, spragnionym i mocno pobitym?

Myślę, że ma pan rację. Nie mogę temu zaprzeczyć. Ważna była moja figura i rzeczywiście mój sportowy styl życia. Jednak nie chodziło o to. Wie pan dlaczego? Ponieważ byłem wówczas bardzo zmęczony, byłem bity, torturowany. Moje ramiona, a zwłaszcza moje plecy były bardzo poranione. Byłem kompletnie pokancerowany. Zmaltretowany cieleśnie. Nie miałem wystarczającej siły, by to zrobić. Rzeka Tygrys  jest bardzo szeroka i bardzo głęboka. Zawsze wierzyłem w to, że to nie fizyczna tężyzna mi pomogła. Nie chcę powiedzieć, że to był kompletny cud. Jednak coś w tym było, było w tym to coś.

Boża ręka.

Właśnie! To właśnie chciałem powiedzieć. Ręka Boga. To także Jego moc. Tak jak panu powiedziałem, w każdym momencie mojego uprowadzenia, każdego dnia, pojawiał się mały znak, dany mi, że jest nadzieja, że On tam dla mnie jest. 

Jest ksiądz bardzo dobrze wykształcony, jest erudytą. Ukończył ksiądz inżynierię lotniczą, uzyskał doktorat z filozofii i biegle włada czterema językami. Ale kiedy ksiądz był torturowany, brutalnie traktowany,  mądrość i wykształcenie były atutem czy ciężarem, psychologiczną barierą w relacjach z porywaczami?

Cóż, czułem... Są dwie sprawy z tym związane. Moja mądrość, czy moje wykształcenie, moja znajomość Biblii, Słowa Bożego, wszystko to, czego nauczyłem się studiując filozofię i teologię, bardzo mi pomogło, prawdę mówiąc. Chodzi mi o sposób mówienia, przedstawiania im swoich racji, metodę odpowiedzi na ich pytania. Pytali sporo o religię, o Trójcę Świętą, czy wierzę w trzech Bogów, dlaczego wierzę w Jezusa, Syna Bożego. Co to znaczy? Że to czyni mnie niewiernym. Przechodząc nad tymi kwestiami, zawsze znajdowałem odpowiednie słowo w odpowiedzi, cytując prawidłowo i znajdując dla nich odpowiednią ripostę. Jednak czasami czułem, że - tak jak pan powiedział - mądrość w konfrontacji z tą wielką przemocą, jaką ujrzałem, nie jest wiele warta. Przemoc, ignorancja niszczą cię, zamykają na różne sposoby. Tak więc mądrość czasami jest użyteczna, ale musisz zawsze mówić do odpowiednich ludzi we właściwy sposób. Czasami mamy mądrość, ale nie możemy jej skierować odpowiednio do właściwych ludzi.

Ci porywacze ciągle nazywali księdza "kafir" - giaur, niewierny.

Tak. Zawsze mówili do mnie, że jestem "kafir", niewierny, ponieważ wierzę w innego Boga i tak dalej. Jesteś chrześcijaninem, nie wyznawcą islamu. Myślę, że to była grupa, która była bardzo fanatyczna ideologicznie. Nie można w taki sposób opisywać całej populacji w Iraku. To była tak naprawdę grupa, która wyznawała radykalną ideologię.

Drastycznie spadła liczba chrześcijan w Iraku. Co stało się z tymi ludźmi?

Irak bardzo się zmienił. Upadek reżimu Saddama Husajna faktycznie wiele zmienił w tym państwie. Nowy reżim wyłonił się w Iraku, jest tak wiele partii, wiele politycznych czynników wpływa na iracką sytuację wewnętrzną. Są sąsiadujące państwa, które starają się wpływać na te partie w różny sposób. W Iraku rozgorzała wojna domowa pomiędzy różnymi odłamami islamu - sunnitami i szyitami. Zaczęło się to tak naprawdę w 2005 czy 2006 roku. To miało duży wpływ na sytuację tamtejszych chrześcijan. Przed wojną w 2003 roku chrześcijan w Iraku było około miliona, a po 2003 bardzo wielu chrześcijan opuściło Irak, możliwe że nawet dwie trzecie z nich. Możemy mówić o utracie jakościowej i liczbowej jeśli chodzi o obecność chrześcijan w Iraku. Tak wielu ludzi wyjechało, wyemigrowało do Stanów Zjednoczonych i do innych krajów.       

Przeczytałem przerażający raport: "Każdego dnia aż 11 chrześcijan ginie za wiarę w 50 krajach na światowej liście". W Korei Północnej chrześcijaństwo jest wrogiem numer jeden dla państwa. W Afganistanie chrześcijaństwo nie ma prawa istnieć. Chrześcijanie są głównym celem przemocy w Somalii. Wierzący w Libii stawiają czoła śmiertelnej agresji. Chrześcijanie w Pakistanie spotykają się z otwartą dyskryminacją i stałym zagrożeniem atakami mafii. Chrześcijan siłą nawraca się i prześladuje w Sudanie. I tak dalej i tak dalej. Dlaczego jest tyle zła wobec chrześcijan na świecie?

Jeśli chodzi o chrześcijaństwo, to prześladowanie nie zaczęło się teraz, ono istniało od samego początku. Chodzi o zasady, wartości, w które chrześcijanin wierzy.

Czy to jest nasz los?    

Nie to nie jest los. To jest nasza misja, aby zmienić świat na sposób Jezusa Chrystusa. To nie jest dla wielu ludzi do zaakceptowania. Droga Chrystusa, droga miłości, miłosierdzia, przebaczenia, wszystkie te wartości, w które chrześcijanie wierzą, nie są, jak sądzę, mile widziane, akceptowane przez innych ludzi. W mojej opinii tu nie chodzi tylko o religię. To nie ona jest głównym powodem tego prześladowania chrześcijan w muzułmańskich krajach. To sytuacja polityczna, która temu służy i stwarza odpowiednie warunki dla tego typu przemocy. Potrzebujemy bardziej stabilnych państw, gdzie obowiązuje praworządność i prawa człowieka, szacunek dla obywatela i każdej ludzkiej istoty. To jest to, czego nam trzeba. Powinniśmy starać się zrozumieć innych ludzi i ich akceptować. Nawet jeśli jesteśmy od nich inni. W mojej opinii to bardzo trudne w świecie muzułmańskim, bo islam jako ideologia i islam jako religia czasem nie jest w stanie przyjąć tych wartości, w dosłownym sensie.

Ksiądz jest wśród żywych, więc widzimy, że książka "Porwany w Iraku" ma szczęśliwe zakończenie. Oczywiście nie chcę tu robić żadnych spoilerów. Ale muszę księdzu zadać jedno pytanie, ostatnie. Jak ksiądz teraz postrzega sens swojego bólu i cierpienia. Bo dla mnie to było jak Pasja. Mam na myśli "Naśladowanie Chrystusa" Thomasa à Kempisa, ale nie tylko w życiu duchowym, ale w okrutnej praktyce.

Cieszę się, że w pan tak widzi moje doświadczenie. Jestem zaszczycony, że mogę być jak Chrystus. Myślę, że zawsze powinienem być wdzięczny Bogu za jego miłosierdzie, że dał mi kolejną szansę, bym żył, abym mógł przekazywać światu Jego świadectwo. Uważam, że tak, w pewnym sensie każdy prześladowany chrześcijanin uczestniczy w Pasji Chrystusa. Sądzę, że tak jest w każdym cierpieniu, nawet jeśli nie jest udziałem chrześcijanina. Tak wielu niewinnych ludzi jest mordowanych, zastraszanych, porywanych i źle traktowanych, niesprawiedliwie - na całym świecie. I to wszystko wpisuje się chrystusowy krzyż. Chrystus nie jest tylko dla mnie, jako chrześcijanina. To zaszczyt dla mnie, że jest moim zbawcą, ale uważam także, że jest obecny w każdej ludzkiej istocie, która cierpi, jest poddawana cierpieniu z powodu swojej wiary czy swoich przekonań. Nieważne, gdzie żyje i co robi, albo w co wierzy. Są ludzie, którzy nie są chrześcijanami, ale Chrystus jest wśród nas.

Tak więc, On jest uniwersalnym symbolem.   

Tak myślę. Potrzebujemy zrozumienia, że dziś coś złego dzieje się ze światem. Świat nie jest bardzo dobry, według mnie. W ten sposób podążamy ścieżką, która jest bardzo, bardzo kryzysowa dla wszystkich narodów. Są konflikty w różnych rejonach świata. Jest bieda. Biedni umierają z głodu, bo nie mają pożywienia. Nie mogą się uczyć. Rozprzestrzenia się fanatyzm w tak wielu społeczeństwach. Są ludzie, którzy pragną zniszczyć to, co człowiek osiągnął. Uważam, że musimy się zjednoczyć i popracować nad tym, bo to nasza życiowa przyszłość, przyszłość dla naszych pokoleń.           

Dzięki, Ojcze. Dziękuję, biskupie Hanna.