"Nie widzę dzisiaj takiej potrzeby, żebym się angażował w politykę. Lubię to co robię obecnie, poza polityką. I uważam, że albo tak, albo tak. Też przez 15 lat byłem w polityce, więc obserwowałem wielu polityków - i z SLD, i spoza lewicy i prawicy, którzy tak nie potrafili odchodzić. I nigdy na tym dobrze nie wychodzili, więc trochę się nauczyłem od nich" - mówił w Popołudniowej rozmowie w RMF FM były minister rolnictwa Wojciech Olejniczak. W rozmowie z Marcinem Zaborskim były polityk SLD przypominał czasy, kiedy Polska wkraczała do Unii Europejskiej. "Uroczystości, niekończące się spotkania, takie bardzo podniosłe i radosne. Ale jednocześnie też pamiętam, że to był cały czas wytężonej pracy. Wdrażaliśmy przepisy unijne w rozwiązania, które miały spowodować, że 1 maja to nie tylko symbol, ale to będzie praktyczne wejście do Unii Europejskiej, to będą dopłaty bezpośrednie, to będą programy rozwojowe dla rolników, to będą środki na innowacje w przetwórstwie spożywczym" - wspominał Olejniczak.

Olejniczak wspominał, że jako minister rolnictwa miał trudne zadanie, gdy Polska przystępowała do UE. "Rolnictwo było wtedy też bardzo rozgrywane politycznie (...) Rolnicy byli straszeni, że to się nie opłaca, że nie warto wchodzić do Unii Europejskiej" - opowiadał były szef Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

"Pamiętam spotkania, w których bardzo aktywnie uczestniczyłem. Najpierw rok wcześniej, jak byłem ministrem, w procesie dostosowania przepisów, ale też przekonywania rolników, żeby w referendum zagłosowali na 'tak'. To były ciekawe wyjazdy, gdzie np. cała sala gimnastyczna, gdzieś w gminie, 200, 300 czy 400 osób i praktycznie wszyscy krzyczeli przeciwko Unii Europejskiej. Potem z satysfakcją odwiedzałem te miejscowości, gdzie po pierwsze okazało się, że głosowali za wejściem do Unii Europejskiej jednak w większości, czyli dali się przekonać, a potem widziałem te zmieniające się miejscowości i wsie, jak pozytywnie to wszystko wygląda" - mówił były minister.

Wojciech Olejniczak powiedział także, że dzisiaj wszystko jednak wyszło na plus. "Jak to się wszystko podliczy, to każdy rolnik w Polsce jest in plus w stosunku i do tego, co miał, i w stosunku do tego, co dostają niemieccy czy francuscy rolnicy" - powiedział gość Marcina Zaborskiego.

Olejniczak o obchodach rocznicy wstąpienia do UE: Pies z kulawą nogą nie pomyślał o byłych ministrach

W internetowej części Popołudniowej rozmowy w RMF FM Marcin Zaborski pytał swojego gościa o to, czy możliwe jest wspólne i ponad polityczne świętowanie 15. rocznicy wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. "Tu już mnie nic nie dziwi. Była piąta rocznica, kiedy nikt nie pomyślał, że można zaprosić tych, którzy jednak jakiś wkład mieli w to wejście Polski do UE. Dziesiąta była - rządziła wtedy Platforma Obywatelska. Pies z kulawą nogą nie pomyślał o byłych ministrach, którzy to robili. I dzisiaj też nikt nie myśli, więc mnie naprawdę nic nie zaskakuje" - stwierdził Wojciech Olejniczak. "Myślę, że to oznacza trochę jak z pomnikami - że chyba na wszystko potrzeba czasu" - uznał były szef SLD i minister rolnictwa w momencie akcesji naszego kraju do wspólnoty europejskiej.

POSŁUCHAJ ROZMOWY MARCINA ZABORSKIEGO Z WOJCIECHEM OLEJNICZAKIEM

Marcin Zaborski, RMF FM: Dawno nie widziany, rzadko słyszany, także u nas. Trochę się pan ukrywa.

Wojciech Olejniczak: Nie, nie ukrywam się, ale kiedy zakończyłem swoją działalność publiczną, to jestem konsekwentny. Tak jak zresztą byłem konsekwentny w polityce, czyli w 100 proc. zaangażowany, tak teraz 100 proc. poza polityką.

I wciąż nie czuje się pan potrzebny polskiej polityce?

Nie, nie widzę dzisiaj takiej potrzeby, żebym się angażował w politykę. Lubię to co robię obecnie, poza polityką. I uważam, że albo tak, albo tak. Też przez 15 lat byłem w polityce, więc obserwowałem wielu polityków - i z SLD, i spoza lewicy i prawicy, którzy tak nie potrafili odchodzić. I nigdy na tym dobrze nie wychodzili, więc trochę się nauczyłem od nich.

Pan odszedł i pracuje pan dzisiaj w banku. A wie pan jak kończą bankierzy w Polsce? Zostają premierami.

Nie, to akurat mowa o premierze Morawieckim, ale to jest ciekawy zawód, przynoszący wiele satysfakcji. Trudny bardzo też, wiele trzeba się napracować, pogłówkować, zaproponować, być konsekwentnym. Na pewno można żyć poza polityką.

To porzućmy na razie hasło "wybierzmy przyszłość", znane skądinąd, i zajmijmy się przeszłością. Pamięta pan może, co pan robił 30 kwietnia 2004 roku?

No na pewno z jednej strony to były dni już bardzo radosne, bo wchodziliśmy do Unii Europejskiej. Uroczystości, niekończące się spotkania, takie bardzo podniosłe i radosne. Ale jednocześnie też pamiętam, że to był cały czas wytężonej pracy. Wdrażaliśmy przepisy unijne w rozwiązania, które miały spowodować, że 1 maja to nie tylko symbol, ale to będzie praktyczne wejście do Unii Europejskiej, to będą dopłaty bezpośrednie, to będą programy rozwojowe dla rolników, to będą środki na innowacje w przetwórstwie spożywczym. Z mojej perspektywy oczywiście.

Tak, bo pan był wtedy ministrem rolnictwa.

Tak.

A wcześniej jako wiceminister zajmował się pan dostosowywaniem polskiego rolnictwa do wymogów Unii Europejskiej. Słowem - stajnia Augiasza.

Tak to było rzeczywiście. Rolnictwo było wtedy też bardzo rozgrywane politycznie, czyli z jednej strony negocjacje wejścia Polski do Unii Europejskiej, decyzje, referendum. To wszystko przeżywaliśmy w takim ogromnym rozgardiaszu politycznym. Rolnicy byli straszeni, że to się nie opłaca, że nie warto wchodzić do Unii Europejskiej...

I to rolnicy byli tymi, którzy najbardziej obawiali się naszego wejścia do Unii Europejskiej. Czego konkretnie się bali?

To były takie strachy na lachy trochę. Ktoś coś głośniej krzyknął, że zaleje nas tania żywność z Europy Zachodniej. Nikt nie sprawdził, że ona nie była wcale tańsza niż w Polsce. Ktoś krzyknął, że przyjadą i wykupią naszą ziemię. I to już wystarczyło. To było rzucone na podatny grunt, wtedy rolnikom nie żyło się najlepiej, wtedy rolnikom żyło się na wsi biednie, był duży kryzys i nie było gdzie sprzedać. Te środki do produkcji, sprzęt, były raczej stare a nie nowe. Więc pamiętam spotkania, w których bardzo aktywnie uczestniczyłem. Najpierw rok wcześniej, jak byłem ministrem, w procesie dostosowania przepisów, ale też przekonywania rolników, żeby w referendum zagłosowali na "tak". To były ciekawe wyjazdy, gdzie np. cała sala gimnastyczna, gdzieś w gminie, 200, 300 czy 400 osób i praktycznie wszyscy krzyczeli przeciwko Unii Europejskiej. Potem z satysfakcją odwiedzałem te miejscowości, gdzie po pierwsze okazało się, że głosowali za wejściem do Unii Europejskiej jednak w większości, czyli dali się przekonać, a potem widziałem te zmieniające się miejscowości i wsie, jak pozytywnie to wszystko wygląda.

Gdy jako szef tego resortu jeździł pan po Europie i spotykał się z innymi ministrami w poszczególnych krajach, to gdzie było "najchłodniej"? Gdzie nas najbardziej w Unii Europejskiej wtedy nie chcieli?

To tak przewrotnie teraz powiem. Raczej w "starej" Unii Europejskiej, czyli w państwach Niemcy, Francja - oni nas naprawdę bardzo chcieli i pomagali. I pamiętam spotkania z minister rolnictwa ówczesną Niemiec, która powiedziała: "Jak masz problemy jakieś z Komisją Europejską, to ja ci pomogę". To samo było jeśli chodzi o Francję. Pamiętam, że to były spotkania z ministrami, ale we Francji to jeszcze z prezydentem Chiraciem, który wcześniej był ministrem rolnictwa, więc się bardzo troszczył o to, żeby Polska weszła do Unii Europejskiej. A tam gdzie myślę, że nam najwięcej może zazdrościli trochę tego tempa, to bardziej nowe kraje członkowskie Unii Europejskiej.  Trochę Czesi, gdzieś Słowacy z zazdrością na to patrzyli. Generalnie atmosfera była pozytywna. Te spotkania to nie tylko z ministrami, bo trzeba było przecież przekonać kraje członkowskie "starej" Unii Europejskiej, żeby też zagłosowali za tym, żeby Polska przystąpiła. Spotkania z rolnikami w Niemczech, w Bawarii, we Francji, w Holandii.

Miał pan wtedy poczucie, że trochę wchodzimy do Unii Europejskiej w roli ubogiego krewnego i godzimy się na to, by ci wujkowie z Zachodu byli jednak przed nami czy nad nami. Przynajmniej w rolnictwie.

Nie, nie miałem takiego poczucia. Pewnie taka była moja cecha wtedy, że czułem, że my jesteśmy partnerami dla nich, a oni dla nas.

No tak, takimi partnerami, że oni jednak dostają większe dopłaty dla rolnictwa niż my. Zresztą - do dzisiaj.

Nie, to tak naprawdę, jak popatrzymy ile dostało polskie rolnictwo do hektara - tak to przeliczyć - przez ostatnie 15 lat, a ile rolnicy we Włoszech czy w Niemczech, to to jest na podobnym poziomie. U nas są inaczej te akcenty rozłożone, czyli bardziej na program rozwoju obszarów wiejskich, na modernizację przetwórstwa. To że zostały zmodernizowane zakłady przetwórstwa mięsnego czy owoców, warzyw, to dzięki temu te zakłady mogą więcej zapłacić rolnikom za płody rolne. I to jest coś, co dzisiaj też jest cały czas trudno wytłumaczalne i czasami na to tak nie chcą politycy spojrzeć realnie i - też mówię jako ekonomista - jak to się wszystko podliczy, to każdy rolnik w Polsce jest in plus w stosunku i do tego, co miał, i w stosunku do tego, co dostają niemieccy czy francuscy rolnicy.

Były polityk, ekonomista, ale też triathlonista. Przez kilka lat był pan prezesem Polskiego Związku Triathlonu. Taki polityczny triathlon przed nami - wybory europejskie, wybory parlamentarne, wybory prezydenckie. Widzi pan na mecie tego wyścigu Donalda Tuska?

Teraz pan mnie wciąga w ciekawszą rozmową z takiej perspektywy. Ja nie jestem aktywny politycznie, rzadko kiedy w ogóle na ten temat publicznie się wypowiadam.

Tak, tak. Ale pytam pana, bo pana też kiedyś namawiano, żeby startował pan w wyborach prezydenckich, a te namowy pod adresem Donalda Tuska słychać z każdej w zasadzie strony - przynajmniej z jednej strony sceny politycznej.

Nie czuję tego, żeby tak wprost odpowiedzieć. To zależy pewnie jeszcze od kilku okoliczności. Po pierwsze, jaki będzie wynik Koalicji Europejskiej w wyborach do PE, po drugie, jaki będzie wynik w wyborach na jesieni, parlamentarnych. I wtedy Donald Tusk zdecyduje. A jak go znamy, to on do końca wyczeka.

Będzie kalkulował tak, jak pan. Bo pan kalkulował, że pan z SLD kampanii prezydenckiej nie wygra, więc pan nie startował.

To były trochę inne okoliczności. Pewnie dzisiaj można by książkę o tym napisać. Z Leszkiem Millerem rzeczywiście wtedy, i z Aleksandrem Kwaśniewskim, toczyłem wielogodzinne rozmowy będąc zresztą w Stanach Zjednoczonych. Więc ta różnica czasowa powodowała, że można było więcej przemyśleć sobie i na spokojnie do tego podejść i nie zdecydowałem się kandydować na prezydenta. Ale to nie ma nic wspólnego z dzisiejszą rzeczywistością i z pozycją, z doświadczeniem Donalda Tuska. Co on powie i co zdecyduje? To czas pokaże. Gdyby pan mnie zapytał, czy bym chciał... Tak. Chciałbym, żeby Donald Tusk wystartował, bo każdy polityk z tak ogromnym doświadczeniem wniósłby dużo zarówno w kampanii wyborczej, ale też podniósłby poprzeczkę wszystkim innym kandydatom, co jest dzisiaj w polskiej polityce potrzebne.