• Co się kryje za protestem przeciw ACTA?

    Poniedziałek, 30 stycznia 2012 (12:23)

    Młodzi ludzie z całej Polski wychodzą na ulice, by protestować przeciwko umowie ACTA i przeciwko rządowi. W grupie protestujących towarzystwo jest zupełnie przemieszane, co widać nie tylko po strojach, ale i po transparentach, które trzymają: "Stop ACTA", "Nie dla ACTA", "Error demokracji", "We are fucking angry", ale też "Bóg, Honor, Ojczyzna".

    Wśród protestujących przeciwko porozumieniu ACTA pojawiają się między innymi licealiści, studenci, a także młodzi ludzie, którzy już pracują. W czasie piątkowej demonstracji pytałam, czego dokładnie się domagają. No jak to czego?! Nie dla ACTA! - odpowiadali, najczęściej wyraźnie poirytowani moim pytaniem. Co im się nie podoba? Że rządzący nie skonsultowali z nimi tak ważnej umowy.

    Gdy pytałam o szczegóły, było już trudniej… W czym to ACTA zaszkodzi? Odbierze wolność, ograniczy dostęp do ważnych treści w internecie i do YouTube'a - tyle udało mi się uzyskać. Jednym słowem dość ogólne sformułowania, z którymi owszem, trudno się nie zgodzić, bo przecież każdy, a już szczególnie młody człowiek, jest za dostępem do wiedzy i za jak największą wolnością, tylko na ile mające coś wspólnego z ACTA?

    A jednak młodzi ludzie mają poważny powód do protestów. Umowa ACTA odetnie ich bowiem od darmowych plików z najnowszymi filmami czy muzyką, które chętnie pobierali. Tak, w świetle prawa to piractwo, ale statystyki pokazują też, że powszechny proceder. Zresztą, czy ktoś zna choć jedną osobę, która nigdy w życiu, nigdy przenigdy, nie oglądała "ściągniętego filmu" czy nie słuchała "ściągniętej muzyki"? Nie rozpowszechniała, nie zarabiała na tym, ale oglądała, czy słuchała dla siebie.

    Nawet ci, którzy przyznają, że piractwo jest nieuczciwe - korzystają z dóbr kultury rozpowszechnianych w taki sposób. Dlaczego? Bo po prostu nie stać ich na oryginały. Muzyczna nowość na CD czy nowy film na DVD to dziś wydatek rzędu 50 złotych. Część produkcji można dostać taniej, na przykład w kartonowych, a nie plastikowych okładkach, ale nie wszystkie. Szesnastolatek, który chce zaprosić swoją dziewczynę w weekend do kina w Bydgoszczy - musi za dwa bilety zapłacić 30 złotych! Jego kolega z Warszawy nad taką randką będzie się zastanawiał jeszcze dłużej, bo to koszt rzędu 40 złotych! A ci, którzy nie są już uczniami i studentami, za takie wyjście do kina muszą zapłacić za dwie osoby nawet 60 złotych! To cena samych biletów, a napój czy popcorn? To kolejne 20 złotych. Koszt obejrzenia kinowej nowości w domu, na komputerze - 0 złotych plus 10 złotych na przekąski i napoje. Różnica jest kolosalna.

    A przedstawiłam tylko wydatki osób mieszkających w miastach, gdzie jest kino. Tymczasem w Polsce są tysiące miejscowości, gdzie albo kina nie ma w ogóle, albo jak już jest, to grają tam przestarzałe produkcje. Dojazd do kina, gdzie grają premiery, to kolejny wydatek - kilkadziesiąt złotych.

    Możliwość ściągania plików z internetu stała się więc dla młodych ludzi szansą na uczestnictwo w kulturze. Mogą tak samo jak ci, którzy mają kino pod nosem, np. w Warszawie i których na kino stać, oglądać nowości, wyrabiać sobie opinię czy też po prostu dobrze się bawić. W sensie kulturowym nie są już mieszkańcami Polski B. Nie muszą w rozmowie z rówieśnikiem z dużego miasta mówić, że danego filmu, czy danej płyty nie znają, bo do nich jeszcze nie dotarła. Mogą wymieniać się opiniami bez piętna, że są z małej miejscowości, nie muszą się wstydzić. Podpisując ACTA rząd odcina im możliwość dostępu do tych treści kultury. Co zaproponuje w zamian?

    Nie chodzi o to, by przestać ścigać piractwo, czy pochwalać kradzież materiałów, które ktoś wytworzył z pomysłem i za których wytworzenie zapłacił. Chodzi jednak o to, by umożliwić osobom, które mają mniej pieniędzy swobodny dostęp do kultury. Dlaczego mają z niej korzystać tylko bogaci z dużych miast? Ktoś może powiedzieć, że przecież przez internet można płyty CD czy DVD zamówić, ale tu też często barierą nie do przejścia jest cena. Poza tym… po co inwestować kilkadziesiąt złotych, jeśli film obejrzymy tylko raz, a później będzie tylko zajmował miejsce na półce?

    Kiedyś wiedzę i radość czerpano głównie z książek. Ci, których nie było na nie stać, mogli je za darmo wypożyczać w bibliotekach. Dziś i kultura i rozrywka (specjalnie podkreślam rozrywkę, bo nie chodzi mi tylko o produkcje mądre, "z przesłaniem", do "głupich" też wszyscy powinni mieć równy dostęp) w dużej mierze przeniosły się do internetu. Dlaczego mniej zamożni mają mieć do niej ograniczony dostęp?

    I w końcu… wielkie koncerny chcą ograniczyć możliwość obrotu wytwarzanymi przez siebie dobrami, podkreślając, że wytworzenie ich niesie ze sobą koszty. Kto koncernom nie chce płacić - koncerny okrada. A czy przypadkiem nikt tu nie okrada konsumentów? Dlaczego film na DVD kosztuje 50 złotych? Bilet do kina nawet 30? Bo po drodze muszą zarobić producenci, wytwórcy, dystrybutorzy i aktorzy. Ich gaże to często miliony dolarów. Przykład? Leonardo di Caprio rocznie zarabia ponad 70 milionów dolarów, Angelina Jolie - 30 milionów. Ktoś musi za to zapłacić.

    Artykuł pochodzi z kategorii: Agnieszka Witkowicz

    Agnieszka Witkowicz

  • Oceń tekst

    Ocen: 71
    • Drukuj

Inne komentarze tego autora

Radio Muzyka Fakty