Miała być skrzyżowaniem "polskiej Margaret Thatcher" z "Doktor Ewą". Twarda gdy trzeba, łagodna gdy można, zdeterminowana, umiejąca postawić na swoim, ale i godząca zwaśnione partyjne frakcje. Została premierem w okolicznościach dość szczególnych, raczej z namaszczenia swego poprzednika, niż w wyniku wyborczej czy choćby partyjnej decyzji, nie najlepiej zaczęła i jak się wydaje - źle też zakończy.
Miała być silna i skuteczna. Rzeczywiście była w stanie przymusić partyjnych podwładnych do przyjęcia kilku ślimaczących się projektów z podtekstem ideologicznym (z ustawą o in vitro i konwencją antyprzemocową na czele), całkiem zgrabnie poradziła sobie z wewnątrzpartyjnymi rozgrywkami i postawiła na swoim przy konstruowaniu list wyborczych, ale, zarysowawszy sobie zresztą dość niewygórowane cele, jeśli chodzi o osiągnięcia czysto rządowe - skończy urzędowanie nie mając na koncie żadnego osiągnięcia, które mogłoby stać się wizytówką jej rocznego pobytu w Alejach Ujazdowskich.
Miała - tak zapowiadała - zmienić polską politykę. Uczynić ją mniej kłótliwą, zapiekłą, podzieloną, bardziej konstruktywną. Tu jak sama przyznaje, poniosła klęskę. I choć ona sama obciążą za to wyłączną odpowiedzialnością swych politycznych rywali, to nie sposób nie zauważyć, że Ewa Kopacz zaczęła dość szybko wdawać się w ostre polemiki z PiS-em, a im bliżej było kampanii wyborczej, tym jej polityczny temperament stawał się coraz bardziej widoczny.
Miała doprowadzić do odrodzenia Platformy, nadać jej nowe oblicze, uciec do przodu, zatrzeć poczucie zużycia, zmęczenia ostatnimi miesiącami Tuska. Ale bolesna dla niej prawda wygląda tak, że od czasu, gdy przejęła ster rządów jej partia kroczy od porażki do porażki. I choć niektóre są nieznaczne - jak ta w wyborach samorządowych, to niespodziewana przegrana w wyborach prezydenckich, może okazać się głazem który ruszy zabójczą dla PO lawinę. Dziś, na 25 dni przed wyborami parlamentarnymi, wydaje się, że nie ma takiego cudu, który mógłby odmienić sondaże i uchronić Platformę przed kolejną porażką. A ta może oznaczać dla Ewy Kopacz nie tylko wyprowadzkę z kancelarii premiera, ale i utratę partyjnego przywództwa.