Stary dobry znajomy Jarosław wrócił na dobre. Jego konkurenta wybrano przez nieporozumienie. Na jego zaprzysiężenie nie można było pójść, bo przecież było wynikiem śmierci Lecha Kaczyńskiego, którego prezydentury nikt nigdy wystarczająco nie szanował.
Jarosław Kaczyński najwyraźniej szanuje prezydenturę tylko wtedy, gdy sprawuje ją ktoś noszący jego nazwisko. Żadna inna mu nie odpowiada; ani Wałęsy, którego zresztą sam wykreował, ani Kwaśniewskiego, ani Komorowskiego, z którym uczciwie i w dobrym stylu – osobiście przegrał wybory.
Kiedy wybory przegrał Donald Tusk, na zaprzysiężenie konkurenta przyszedł. Wyjaśnienie przegranej nieporozumieniem nie przyszło mu do głowy. Mimo awantury o rzekomą ochotniczą służbę dziadka w Wehrmachcie swoją obecnością pięć lat temu przyznał przeciwnikowi pierwszeństwo, uznał swoją porażkę. Jarosław Kaczyński tymczasem podkreśla dziś, że swoją nieobecnością z całą mocą dezaprobuje słowa, przyjaciół i działania Komorowskiego, zatem całą jego prezydenturę. Jeszcze zanim Komorowski cokolwiek zrobił jako Prezydent.
Szef PiS po prostu nie przyjmuje do wiadomości rzeczywistości. Na potrzeby swoich zwolenników kreuje jakąś własną. Wynik wyborów jest w niej nieporozumieniem, prezydenturę Komorowskiego określa Palikot, Głowę Państwa szanuje się tylko tak, jak on uzna to za stosowne, a wyrwane z kontekstu, dotyczące jego brata słowa sprzed lat decydują o jego zachowaniach dziś. Dla używających pamięci osób stosujących logikę, ten zlepek uprzedzeń i insynuacji jest nawet pocieszny, ale zwolennicy prezesa traktują to wszystko ze śmiertelną powagą.
Deklarowana jeszcze parę tygodni temu w kampanii wyborczej pojednawczość i skłonność do szukania porozumienia poszły w kąt.
Szkoda.