Francuz Jacques Moretti, właściciel baru w miejscowości Crans-Montana, w którym w sylwestrową noc zginęło 40 osób, mógł dzisiaj wyjść z aresztu, ponieważ wpłacona została kaucja w wysokości 200 tys. franków. Decyzja jest krytykowana.
- Jacques Moretti, właściciel baru w Crans-Montana, został zwolniony za kaucją 200 tys. franków.
- Decyzja sądu wywołała falę krytyki, zwłaszcza we Włoszech.
- W szpitalach wciąż przebywa ponad 60 rannych, niektórzy w ciężkim stanie.
- Najnowsze informacje z kraju i ze świata znajdziesz na stronie głównej rmf24.pl.
Sąd w Szwajcarii podjął w piątek decyzję o zwolnieniu z aresztu za kaucją Jacquesa Morettiego, właściciela baru w miejscowości Crans-Montana - podała agencja ANSA. W barze w tym szwajcarskim kurorcie w noc sylwestrową zginęło 40 osób, a 116 zostało rannych.
Moretti to obywatel Francji, który otrzymał wraz z żoną zarzuty nieumyślnego spowodowania śmierci, uszczerbku na zdrowiu oraz wywołania pożaru.
Jego żona, współwłaścicielka baru, osadzona została wcześniej w areszcie domowym.
Kaucja za Morettiego wyniosła 200 tys. franków.
Zgodnie z decyzją sądu w mieście Sion w kantonie Valais, wobec Morettiego zastosowano inne środki zapobiegawcze, w tym obowiązek stawiania się na komisariacie policji. Odebrano mu też dokumenty tożsamości.
Wcześniej istniała obawa ucieczki obojga.
Decyzja sądu spotkała się z krytyką, szczególnie we Włoszech (wśród ofiar jest sześcioro włoskich nastolatków).
Wicepremier Włoch i szef MSZ Antonio Tajani, gdy dowiedział się o zwolnieniu Francuza, oświadczył: Nie mam słów. To prawdziwa zniewaga dla wrażliwości rodzin, które straciły swoje dzieci w Crans-Montanie, która nie uwzględnia żałoby i bólu.
Drugi włoski wicepremier Matteo Salvini ocenił, że decyzja sądu to "hańba".
W szwajcarskich mediach wcześniej spekulowano, z jakich środków opłacona zostanie kaucja, skoro - jak się okazało - małżonkowie mają na koncie bankowym zaledwie 493 franki, czyli równowartość około 500 euro.
Kolejne ustalenia mediów i śledczych ujawniły skalę zaniedbań i łamania przepisów bezpieczeństwa w barze, w którym doszło do tragicznego w skutkach pożaru. Bezpośrednio wywołały go sztuczne ognie przyczepione do podnoszonych pod sufit butelek. Okazało się, że na suficie zamontowana była łatwopalna pianka dźwiękoszczelna, a wyjście awaryjne było zamknięte. Ludzie, w większości bardzo młodzi, zginęli płonąc żywcem lub dusząc się toksycznym dymem.
Od 2020 roku w lokalu nie przeprowadzono żadnej kontroli przeciwpożarowej, za co, jak podkreśla się, odpowiedzialność spada na lokalne władze.
Ponad trzy tygodnie po tragedii w szpitalach w Szwajcarii i za granicą przebywa nadal ponad 60 osób poszkodowanych pożarze, niektóre są w stanie ciężkim.